Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Artykuły. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Artykuły. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 11 lutego 2013

Chaotyczna wykładnia
blogowej demokracji.



Mój artykuł w zamyśle nie jest ani odpowiedzią na ten napisany przez Leeshkę zaledwie kilka godzin temu, ani tym bardziej polemiką z nim, jednak ciężko mi będzie uniknąć odniesień i – właśnie – polemiki, więc nie mogę obiecać całkowicie odrębnego kawałka tekstu. Sama Leeshka rzuciła kiedyś hasło, że powinnyśmy zacząć przedsięwzięcie, które roboczo nazwane zostało Blogosferą na Dwa Głosy, a to chyba pierwszy akt tej współpracy, która sensu stricto nie miała miejsca, ale zbieg okoliczności wywołał wilka z lasu, więc czemuż by nie skorzystać z okazji i wyłowionego z odmętów pamięci terminu. Mój artykuł będzie dotyczył jedynie dwóch poruszonych przez Leeshkę tematów, które ona potraktowała marginalnie, zmierzając do głównego punktu programu. Ja się natomiast zajmę nimi szerzej, zapewne przedstawiając zupełnie inny punkt widzenia, wachlarz poglądów i argumentów, i finalnie dojdę do innych wniosków, jednak czyż to nie cudowność demokracji, że możemy się tak po prostu nie zgadzać, a mimo to dalej żyć w spokoju?

Grupowcowe Kolesiostwo
Załóżmy sobie taką sytuację – dawno, dawno temu autor A i autor B poznali się w mniej istotnych okolicznościach, ale powiedzmy, że był to jakiś onetowski blog epoki kamienia łupanego, dogadali się i od tamtych czasów za rączki tułają się przez blogosferę. Stworzyli razem setki historii, które ujrzały światło dzienne lub pozostały jedynie pewną koncepcją na przyszłość albo i zostały wymyślone tylko po to, żeby zająć się czymś podczas ataku dojmującej nudy. Wszystko jedno, sprawa sprowadza się do tego, że A i B dobrze się znają, wiedzą, co lubią i czego nie lubią, po prostu świetnie im się współpracuje, bo ogarniają wzajemne oczekiwania względem postaci, ich relacji i wydarzeń z ich życia.
Jeśli próbujemy stworzyć związek (mówimy tu stricte o miłości, nie o zwykłym powiązaniu) pomiędzy postaciami, kiedy autorzy się nie znają, nie korzystając przy okazji z gotowych bohaterów, ale wymyślając własnych, jesteśmy skazani na pisanie wszystkiego od początku. A to zajmuje sporo czasu. W tym momencie powstaje pytanie – czy czasu wystarczy przed zgonem grupowca, żeby choćby dojść do momentu, kiedy i autorzy i bohaterowie znają się na tyle dobrze, żeby stworzyć sensowny związek? Jasne, to co pomiędzy autorami zostaje i może zostać wykorzystane do stworzenia relacji postaci na innym blogu. Można oczywiście próbować ustalić powiązanie ‘z przeszłości’, jednak żeby postacie pozostały spójne, nie można robić zbyt wielkiego zamieszania kontaktami sprzed lat, bo – jak pisałam wcześniej – zdarzenia kształtują charakter. Już rozumiecie do czego zmierzam? Dokładnie do tego, o czym mówiłam akapit temu – autorzy poznają swoje oczekiwania, blogowe skłonności i zaczynają się w efekcie rozumieć. Jeśli zagra – będą się częściej pojawiać razem i tworzyć  bohaterów bardzo mocno ze sobą związanych.
Dziwnym zjawiskiem byłoby dla mnie nagłe porzucenie pisania ze swoim ‘towarzyszem broni’, nawet jeśli nie wiem jak bardzo miałoby to poszerzyć możliwości wątkowania i rozwoju blogowego. Dla mnie grupowce to wciąż sposób na rozrywkę, a nie sposób na życie, ale nie oznacza to, że moje relacje z niektórymi z autorów istnieją tylko dlatego, że dobrze nam się pisze i na tym są oparte. Z jednym z członków mojego ‘blogowego stada’ mieszkam, drugiego znam od pięciu lat i wymieniamy jakieś tysiąc osiemset siedemnaście milionów smsów dziennie. Leeshka spojrzała na ‘problem’ z perspektywy (uwaga na bardzo idiotyczne słowo) ofiary, chociaż w moim przekonaniu nie ma tu nawet czego tak naprawdę roztrząsać. Nie ma, bo żeby uszczęśliwić wszystkich zbulwersowanych zjawiskiem stadnego pojawiania się dobrze dogadujących się autorów, trzeba by im nakazać zaprzestania kontaktów, a kto ma do tego niby prawo? Demokracja już po raz drugi dzisiaj jest po mojej stronie.  
Być może cierpią na tym nasze wątki, być może niezdrowo podniecamy się swoimi beznadziejnymi kartami, być może to kogoś odstrasza (chociaż szczerze wątpię, bo autorzy grupowców mieszają się i migrują, ale mimo wszystko to stosunkowo stała grupa), być może tak nie powinno się dziać, żeby świat był lepszym miejscem, ale… Właśnie – ale. Ale tworzenie postaci przez dobrze znających się autorów to nie tylko proces sprowadzający się do formuły ‘okej, ona ma 35 lat, on 40, znają się od studiów, od 10 lat są małżeństwem, mają dwójkę dzieci i psa rasy owczarek nizinny’, a cała reszta rozgrywa się niezależnie w dwóch oddzielnych umysłach, czyli bohaterowie powstają każdy sobie, a ostatecznie dogrywa się tylko to, co musi być dograne, żeby historia… zagrała. Z własnego doświadczenia mogę powiedzieć, że tworzenie historii z autorem, którego zna się od dłuższego czasu to cała plątanina pojawiających się stadami pomysłów i scen, z których trzeba wybrać te, które stworzą najlepszą historię, oczywiście subiektywnie najlepszą. To po prostu frajda tworzenia tego, co w warunkach wątkowania ‘obcego z obcym’ jest praktycznie nie do zrobienia. Dlaczego? Ano dlatego, że podczas prowadzenia dialogu w momentach, które z braku lepszego określenia nazwać można zapalnymi, autorzy mają tendencję do porzucania koncepcji postaci, która zasugerowała, że można zastosować takie rozwiązanie, jakie ostatecznie doprowadziło do tego, co w intencji piszącego nie miało mieć miejsca. Wytłumaczenie pokrętne, więc przykład – absolutnie spokojna dziewczyna nagle okazuje się złośliwą i sarkającą na prawo i lewo bestią, bo jakiś facet z gatunku bezczelnych powiedział jej coś, co nie spodobało się autorowi dziewczyny. Takie sytuacje w przypadku dokładnie przegadanej znajomości nie mają miejsca, a sama znajomość trwa i nie staje się jedną wielką obroną własnej postaci i jej dominującej pozycji.
Bodaj tylko raz (a przynajmniej ten jeden jestem sobie w stanie przypomnieć) pojawiłam się na blogu tylko po to, żeby stworzyć postać i popisać wątki z jedną osobą - czyli nie miałam zamiaru nikomu ich proponować, ale nie miałam też nic przeciwko pisaniu z innymi autorami, jeśli oni będą mieli taką chęć - a sam grupowiec służył jedynie temu, żeby było to gdzie ekshibicjonistycznie upublicznić, chociaż sprawę można było od początku do końca poprowadzić na GG czy gdziekolwiek. Tutaj dochodzimy do sedna mojego poglądu na tę kwestię – pisanie na blogach jest frajdą. Przede wszystkim. Mi sprawia przyjemność to, że mogę sobie napisać lepszą lub gorszą kartę, poszukać wątpliwej jakości i adekwatności gifów, opublikować to wszystko i czekać na odzew. I wiecie co? Ten rzadko bywa entuzjastyczny, a powodów upatruję w tym, że zasadniczo piękny zwyczaj czytania kart odchodzi w niepamięć, co z kolei wynika z faktu zbierania się autorów w grupy i podgrupy, które nawiedzają różnorakie grupowce, żeby realizować swoje, wcześniej już przemyślane, pomysły. I wiecie co? Mi to odpowiada, bo jednocześnie nie wchodzę nikomu w paradę, zaburzając jego plany i marnując czas na męczenie wątku, na który nikt nie ma tak naprawdę ochoty, i mam swoją historię do zrealizowania, ze swoją podgrupą. Jeśli któryś z autorów nie jest ‘członkiem stada’, zapewne lojalnie przeczyta karty i chętnie pomyśli nad wątkiem i powiązaniem, żeby też mieć trochę radości z faktu bycia współtwórcą dowolnego grupowca. Większość ‘stadnych’ autorów, ze mną włącznie, jest super-chętna na pisanie z tymi, których nigdy wcześniej nie widziało na oczy, bo to – tak całkiem niefilozoficznie i pospolicie – fajne i ekscytujące.
Blogi to nie komunistyczne wspólnoty, gdzie każdy dostaje taki sam przydział popularności postaci, ilości komentarzy do napisania, zachwytów do wylania, fochów do strzelenia i błędów do odnalezienia. Blogi to nie społeczności dyktatorskie, gdzie jest jeden, który wyznacza kierunek i wybiera, kto ma z kim pisać, które postacie mają się dogadywać, którzy autorzy mają porzucić prywatne kontrakty i skasować swoje numery telefonów, bo to uczyni z nich zakochanych we własnej twórczości nieobiektywnych frajerów, zupełnie niezainteresowanych tym, co się dzieje wokół. Obiektywizm nie istnieje i ktokolwiek chciałby mnie przekonać, że jest inaczej, może skończyć, zanim w ogóle zacznie. Ogarnięcie spojrzeniem struktur występujących na grupowcach prowadzi nas do wniosku, że są to społeczności, na których kwitnie demokracja, bo nikt nie może nikogo wcisnąć w szereg i postawić wymogów, co do ilości prowadzonych wątków i liczby zaangażowanych weń autorów. Podobnie jak nie może wybrać, z kim ma się komu pisać najlepiej i kto do kogo pasuje na tyle, żeby zdecydować się na jakieś głębsze relacje pomiędzy postaciami. Pamiętajcie o tym wszyscy ci, którzy będą kiedykolwiek sfrustrowani pojawiającymi się na blogach grupkami autorów, którzy zapisali się tam głównie po to, żeby zrealizować swój wcześniej ułożony plan. Nikt nie broni podchodzić do ‘stadnych’ postaci, dźgać ich kijaszkiem pod żebrami i domagać się wątków. Gwarantuję wam, że zdecydowanie większy procent będzie zainteresowany współpracą, niż zajęty jedynie swoimi sprawami i jedną jedyną postacią, oczywiście autorstwa dobrego znajomego.

Forma Karty Postaci
Kart Postaci napisałam w swoim życiu undecylion, bo jestem jednym z tych, którym taką samą przyjemność sprawia tworzenie postaci, jak i jej prowadzenie, więc nie płaczę gorzko, kiedy blog skona, zanim jeszcze zdąży chociaż minimalnie się rozwinąć. Karty w moim wykonaniu są najróżniejsze – długie, krótkie, lepsze, gorsze, kulturalne jak przeciętny franciszkanin,  wulgarne jak Pan Mietek Spod Sklepu pod wpływem Amareny, dosłowne, niedosłowne, konkretne, abstrakcyjne – wszystko było, od Osbourne’a do Mozarta. Jednak celem było zawsze to samo – przekazanie informacji o bohaterze. Zazwyczaj stosunkowo wielu informacji, bo nie wierzę w odkrywanie postaci przez współautorów w trakcie pisania wątków. Takie koncepty kończą się zazwyczaj wyłonieniem naprawdę bardzo mało oryginalnego bohatera, którego tajemniczość sprowadza się do prostego chamstwa. Trzeba było napisać, że jest ona(a) najzwyklejszym w świecie prostaczkiem, ja tam nie mam nic przeciwko prostaczkom.
Pochylmy się więc nad tą w moim przekonaniu główną funkcją Karty Postaci – przekazaniem informacji. Nie obchodzi mnie, w jakiej formie to będzie miało miejsce, byle by szanowało zasady języka polskiego i nie zawierało elementów, których poziom realizmu plasuje się gdzieś pomiędzy gadającym smokiem w roli zwierzątka domowego a Thorinem Dębowa Tarcza tańczącym Gangnam Style w drugiej części ekranizacji Hobbita. Kolejnym istotnym zadaniem jest selekcja tychże informacji, ale o tym już artykuł był, jeśli mnie pamięć nie myli, więc ja skupię się na samej formie.
Chociaż tradycją jest poszukiwanie kwiatków wszelkiego typu, dzisiaj sobie to daruję i posłużę się swoimi własnymi kartami, bo narzuciłam sobie zasadę, że nie będę rzucać tu nickami autorów feralnych fragmentów, a żeby tego uniknąć, musiałabym skopiować całość Karty, a to z kolei nie ma sensu.
Mamy standardową opisówkę, mamy coś pomiędzy i mamy wersję czysto skojarzeniową. W przypadku opcji pierwszej czytelnik ma wszystko podane na srebrnej tacy, chronologicznie ułożone i jego zadaniem jest tylko nadążyć za procesem rozwoju postaci, który został przedstawiony konkretnie i jasno, więc żadnego problemu z tym nie będzie. Dlaczego akurat tak? Bo blog o mafijnych rodzinach wymagał zarówno wywodu o procesie zyskiwania aktualnej pozycji, jak i informacji o stosunkach bohatera z członkami własnej familii oraz dokładnego opisu osobowości, żeby wymyślanie wątków miało ręce i nogi. Druga Karta skupia się na opisie procesu, który nadal trwa, ale jego poszczególne etapy miały jakieś cechy charakterystyczne i podczas lub pomiędzy nimi pojawiały się jakieś wydarzenia. Cała reszta informacji, na przykład dotyczących osobowości, jest przemycona gdzieś między wierszami, jednak w sposób stosunkowo oczywisty i bardzo mocno powiązany z samym opisywanym procesem. Powód takiego a nie innego ujęcia jest prostu – mamy do czynienia z członkiem relatywnie niewielkiej społeczności, gdzie informacje rozchodzą się szybko, ale dotyczą one nie przymiotów ich głównego bohatera, ale jego słów, czynów i decyzji. Popularna ostatnio forma ‘cytatowa’ ma w moim przekonaniu zdecydowanie więcej sensu, niż się niektórym wydaje. Nie sprowadzałabym tego konceptu do wrzucania kilku bezsensownych kawałków tekstu i publikowania tego jako dzieło współczesnej literatury, bo umiejętne wybranie owych zdań wymaga jednak trochę wysiłku i pomyślunku, podobnie jak wyciągnięcie informacji o bohaterze z takiej Karty wymaga tego drugiego. Pobawiłam się w wyjście poza granice zdarzeń i udałam, że nie napisałam tej karty, ale czytam ją jako odbiorca tekstu, który pierwszy raz widzę na oczy. Siląc się na nieistniejący obiektywizm, przede wszystkim dowiedziałam się sporo o osobowości i zawodzie bohatera, co na tym konkretnym blogu  jest najistotniejsze, bo nie wiem jak wy, ale ja poza drobnymi wyjątkami nie mam zielonego pojęcia o życiu prywatnym swoich wykładowców, a jedyne z czego ich znam, to zachowanie podczas zajęć, na które z kolei ma wpływ osobowość. Zgadza się z koncepcją? Zgadza się.
Przy czytaniu Kart Postaci pamiętać należy przede wszystkim o tym, że zazwyczaj nie są one pisane bezmyślnie (i nie mogą być bezmyślnie czytane!), a wybór określonej formy implikuje określone konsekwencje w finalnej kreacji bohatera. Poukładany, rzeczowy i w gruncie rzeczy spokojny Andrea dostaje konkretny, logiczny i może mało twórczy, ale adekwatny opis, w którym zawarte są klarowne informacje. Nie ma powodu, żeby taką samą formę zastosować w przypadku standardowego włościanina (żeby nie powiedzieć dosadniej – chłopa) Grzegorza, skoro o wiele lepiej jego koncepcję oddaje ta nieco chaotyczna, jednoakapitowa i poprzetykana wulgaryzmami anegdota o jednym takim, który robił głupoty całe życie, bo jest taki jak swój opis – bełkotliwy i niekoniecznie spójny, chociaż wciąż utrzymuje jakiś tam ciąg przyczynowo-skutkowy, a jego decyzje nie są irracjonalne. I na koniec zostaje szanowny pan Jakub, u którego absolutnie nieistotne są jakiekolwiek genezy czy procesy, ale to jakim jest teraz, w tym konkretnym momencie. Dodatkowo poziom zażyłości z innymi bohaterami będzie w większości przypadków stosunkowo niski, więc fragmentaryczne informacje podane w formie wrzutki wszystkiego, co się nawinie, są jak najbardziej wystarczające. Jeśli ktoś będzie zainteresowany powodem zaistnienia jakiegoś stanu rzeczy, nic nie stoi na przeszkodzie, żeby się tego dowiedzieć podczas prowadzenia wątku.
Wstrzymałabym się zdecydowanie od sztywnego wskazywania jedynej słusznej formy pisania Kart, żeby wszyscy byli zachwyceni, bo zazwyczaj wybór sposobu przekazania informacji ma jakieś tam podstawy i nie wziął się znikąd. Jeśli ktoś natomiast lubi tworzyć w swoim sprawdzonym stylu i zawsze w tej samej formie – droga wolna, ma do tego takie samo prawo jak ja do kombinowania i szukania powiązań techniczno-performacyjnych. Zawsze można coś napisać inaczej i zawsze znajdzie się ktoś, kto wie lepiej, ale ja mimo wszystko sugerowałabym jednak wzięcie pod uwagę kilku czynników, które odwieść powinny od krytykowania czegoś, co tak naprawdę jest w jakiś sposób uzasadnione, zwłaszcza jeśli nawet nie pojęło się istoty tego uzasadnienia. Dla mnie sensowną krytyką Karty Postaci jest zwrócenie uwagi na błąd merytoryczny, język na poziomie żenującym lub brak realizmu, natomiast jeśli realistyczna postać ma Kartę napisaną z poszanowaniem reguł języka ojczystego i zgodnie z zasadami świata, na którym żyjemy – dałabym sobie spokój, nawet jeśli forma doprowadzałaby mnie na skraj. Mi również wiele rzeczy się nie podoba, całe tabuny postaci mnie drażnią i wywołują we mnie mniej lub bardziej spektakularne ataki chichotu albo wrze we mnie przekonanie, że zrobiłabym to lepiej, ale… autor ma prawo robić tak, jak mu się żywnie podoba. Możemy sobie tu tworzyć klasyfikacje blogowych zjawisk i udzielać dobrych rad, ale nikt nie ma prawa nikomu narzucać tego, jak ów ma pisać, bo to jego sprawa, jego przyjemność tworzenia i jego koncepcja.
Demokracja sponsoruje dzisiejszy artykuł.

niedziela, 10 lutego 2013

Ecce wątek.

Chciałabym uprzedzić moment, w którym pojawiają się wasze oczekiwania i rosną jak drożdże na pożywce. Ten tekst będzie spazmatycznie krótki, pisany na jednym tchu. Pewnie powiecie, że to dla tekstu bardzo niedobrze. I pewnie będziecie mieć rację. Odłóżmy to na bok, przynajmniej na chwilę. 
Tak samo - przynajmniej na chwilę - odłóżmy artykuły, w których ja mówię, jak pisać wątki. Czasami je czytam, sama sobie; czasami przytakuję, bo zdarza mi się napisać tam niegłupią rzecz. Wciąż jednak mam świadomość, że nikogo z was nie nauczę pisania wątku, bo każdy już wierzy, że znalazł kamień filozoficzny i potrafi słowa przemienić w złoto. Ideały mamy wszyscy. Ośmielę się spojrzeć na sprawę od nieco innej strony: wszyscy mamy oczekiwania i złudzenia. Łudzimy się, że piszemy dobrze i oczekujemy, że inni nam przytakną. Jakkolwiek teoria może być równie naciągana co brutalna, tłumaczy dlaczego na grupowcach blogerzy zbijają się w grupki i poruszają stadnie. Nie zamienię tego tekstu w rozprawkę, ale dam jeden argument. 
Zastanawialiście się kiedyś, dlaczego niektóre karty zawierają jedynie kilka zdań, które często zupełnie do siebie nie pasują, może zawierają dużo wulgaryzmów i są okraszone gifem o wątpliwych walorach artystycznych, a mimo to tłum ludzi rzuca się powitać świeżynkę?
Oni się już znają. Najprostsze rozwiązanie jest najlepsze. Brzytwa Ockhama. Skoro to dobrzy znajomi, nie ma dla nich znaczenia, jak będą wyglądały ich karty. Nie ma dla nich też większego znaczenia, jak będzie wyglądał ich wątek. Mają frajdę z samego faktu, że mogą razem pisać. Z jednej strony to dobrze, ale jednocześnie ileś tam osób z bloga traci na takim układzie. 
To by było tyle w kwestii złudzeń. Znajomi nigdy nie będą obiektywni, a reszcie nie chce się mieszać w silne towarzystwo wzajemnej adoracji. Zaufajcie, wiem z autopsji. 
***
Teraz będzie zagadka.
 Ilu macie znajomych? Nie tych fejsbukowych, ale takich, których widujecie przynajmniej raz na dwa tygodnie. 
Na potrzeby eksperymentu myślowego załóżmy, że jest takich osób pięćdziesiąt. Blisko trzydzieści liczy klasa w szkole i z nimi, chcąc nie chcąc, macie do czynienia pięć dni w tygodniu. Pozostałe dwadzieścia to kumple z podwórka, sąsiedzi, ludzie, z którymi chodzicie na zajęcia lepienia garnuszków z gliny... Czasami kółko się kurczy, bo niektóre przypadki razem chodzą do szkoły, mieszkają obok siebie i razem lepią z gliny. Ale to jak z zadaniami z fizyki na poziomie gimnazjum - upraszczamy tak, żeby dało się policzyć ze wzoru. Zresztą mówię o przypadkach nielicznych, które nie mają najmniejszego wpływu na wynik. Zraz się przekonacie. 
Z grupy pięćdziesięciu znajomych X wybierzmy trzy osoby. Mamy więc A, B i C. Jest pięćdziesiąt procent szans, że dwie z tych osób chodzą razem do klasy. Jeśli nie, to mieszkają niedaleko. Przynajmniej o sobie słyszeli, bo wszyscy znają X. Razem z X to już cztery osoby. Im łańcuch dłuższy, tym większe odległości dzielą poszczególne ogniwa. Nawet jeśli C zna X tylko przez garnuszki, to kiedy spotka A, ma już na temat X jakieś zdanie. Można powiedzieć, że są powiązani. 
Blogowy problem polega na tym, że A i C nigdy się nie spotkają. Jeśli się spotkają, to nawet nie przyjdzie im do głowy, że moją wspólnego znajomego. Na pewno nigdy o nim nie wspomną. 
Na blogu grupowym jest dwudziestu paru autorów. Średnio. Każdy ma związek, powiedzmy, z sześcioma osobami. Zazębia się. Autorzy nigdy tego nie wykorzystują. Prawnik nigdy nie skieruje klienta do znajomego lekarza po jakieś zaświadczenie. Tak, mierzi mnie to. 
Przeszkadza mi jeszcze pewne zasadnicze ograniczenie na grupowcach: wszystko sprowadza się do dwóch osób. Teatr grecki w czasach Ajschylosa składał się z dwóch aktorów. Na scenie mógł być chór, ludzie, których dzisiaj nazwalibyśmy statystami, ale aktorów tylko dwóch jednocześnie. Sofokles wprowadził trzeciego aktora. Nadal nie mogli grać scen grupowych, ale i tak coś zaczynało się dziać. Dwie osoby mogą dzielić tajemnicę. Jedna osoba może oszukiwać dwie... Tymczasem na blogach są tylko dwie. Non stop. 
Ludzie narzekają na banalność powiązań, ale ja przestaję się im dziwić. Ilu macie tak dobrych znajomych, żeby jeździć na ryby w dwie osoby? Może troje. Ileż jednak można jeździć na ryby? Mając tych pięćdziesięciu znajomych, jakaś szóstka to osoby, przy których dobrze się czujecie. Z nimi chodzicie do kina. We trzy, cztery osoby. Łapiecie problem? Gdyby nasze postacie mogły się spotykać w szerszym gronie, życie byłoby znacznie ciekawsze. 
Ja wiem, są wątki grupowe. Ale to nie to samo. Z założenia wątek grupowy jest dla wszystkich. Głupio w końcu powiedzieć "To jest wątek dla Julii, Jamesa, Anne i Johna". Wiecie co, dużo bym dała, gdyby mój John miał taki wątek. 
Jak to zorganizować od strony technicznej? 
Uczciwie mówiąc - nie wiem. Rzucam tylko pomysłem. Uważam, że to jest bardzo dobry pomysł, który sprawiałby frajdę również autorom z dłuższym stażem. 
***
Na koniec chciałabym powiedzieć coś o sondzie, o którą szum nam się zrobił na shoutboxie. Jestem zaskoczona, że ludzie na mnie głosują i to właśnie do nich chcę się zwrócić: ludzie, nie głosujcie na mnie. Najlepiej olejcie sondę, rozpracujcie metodę wątku w trzy osoby. Temu, komu się uda, wytnę order z ziemniaka i wypiję za jego zdrowie.

wtorek, 29 stycznia 2013

Jak napisać dobry wątek? (2)

 Praktyczny poradnik w kilku odcinkach. 
Odcinek drugi (dwuczęściowy): Buduj akcję jak zamek z lego. 

Część pierwsza: Nuda.
    Technicznie rzecz ujmując, mam ferie od soboty. Matematycznie rzecz ujmując, mam ferie od czterech dni. Pesymistycznie rzecz ujmując, zostało jeszcze tylko dziesięć. Patrząc na sprawę okiem realistki: to jeszcze mnóstwo czasu.
    Moje ferie zawsze są na jedno kopyto. Pierwsze parę dni nie robię nic albo robię rzeczy wybitnie mało produktywne. I jestem absolutnie przeszczęśliwa, marnując sobie kawałek życia. Potem jednak mam tego dość. Zazwyczaj czwartego dnia. Pogoda nie dopisuje, znajomi wyjechali, nawet pies ma dość spacerów, zostaje mi wejść na grupowce i zacząć jakiś wątek. Tym sposobem doszliśmy do sedna.
    Może ja się starzeję, może stałam się zbyt wymagająca, w każdym razie – ciężko mi o dobry wątek. Widzę świetną kartę, ciekawą postać, to z miejsca uderzam do autora/autorki, żeby naprawdę się dobrze bawić. Jakieś trzy komentarze później walę głową w biurko w rytm myśli „Cholera, jakie to nudne!”.
    Mam tendencję do tworzenia postaci, które składają się ze starych rockowych piosenek i filmów akcji. W różnych proporcjach. Wyobraźcie sobie, niech będzie dzisiaj bardziej amerykańsko, Johna. John ma lat trzydzieści trzy, tę samą kurtkę od paru lat, bliznę na kości jarzmowej i wielokrotnie złamany nos, jak u zawodowego boksera. Jeśli chodzi o zainteresowania, John lubi rozmawiać z barmankami, które nalewają mu ciemne piwo, lubi grać w brydża, jeździ na wszystkie zjazdy motocyklistów i wdaje się w bójki. Raczej nie ma wielu zahamowań, trochę brakuje mu rozsądku. Za to jest zawsze wesoły i widział wszystkie filmy z Willisem. To jest John. Mając już swojego Johna, dogaduję się z autorką Anne i będziemy pisały wątek. Autorka Anne bardzo nie chce zaczynać, więc rzuca „niech spotkają się w kwiaciarni, gdzie pracuje Anne”. Pół godziny zastanawiam się, co może John robić w kwiaciarni, wreszcie wysyłam go po roślinkę doniczkową, którą zamówiła jego siostra. John na roślinach nie zna się zupełnie, więc nawet nie potrafi sformułować powodu, dla którego tu jest. Anne w lot pojmuje, o co mu chodzi. Tyle akcji w wątku. Reszta to po prostu długi wywód o tym, że Anne jest artystką i ma ręce uwalane farbą.
    Można zwariować, nie?
    Brakuje akcji. Nie ma jej nawet w ilościach śladowych. Po prostu nic się nie dzieje. Może dlatego ludzie są tak zachwyceni, gdy piszą wątki o romansie między postaciami. Wtedy mogą sobie dużo pisać o uczuciach. Przyznam, że w takiej sytuacji to ma znacznie więcej sensu niż wywód o wartości sztuki przy okazji oglądania wzorku na doniczce.
    Nie mogę się nie zgodzić z faktem, że zwykle, jak idziesz do kwiaciarni i prosisz o coś, to to dostajesz. Ale na blogach grupowych to się nie zdarza. Krzywdźcie swoje postacie, kochani. Gdyby autorka Anne potraktowała mnie i Johna z odrobiną dobrej woli, wątek byłby znacznie ciekawszy. Kwiatka dla siostry Johna mogło nie być. Tutaj przyszłaby moja kolej na podtrzymanie akcji. Johnowi zależy na tym kwiatku i oferuje Anne, że za pomoc w zdobyciu roślinki obsypie ją złotem, a przynajmniej postawi kolację.
    To była sytuacja zaliczająca się do zwykłych. Jasne, normalnie szanse wydarzenia się czegoś takiego wynoszą może jeden do dwustu, ale to blogi, tutaj musi się coś dziać. Jeśli kogoś to mierzi i chciałby dla swojej postaci normalnego życia, może patrzeć na sprawę w ten sposób: w serialu nie pokazują nam życia bohaterów dzień po dniu, nawet w filmach te dwie godziny projekcji przedstawiają wydarzenia dziejące się na przestrzeni dni, tygodni, czasami lat. W wątkach jest podobnie, John ma normalne życie, które zaczyna się budzikiem o siódmej trzydzieści, kończy zgaszeniem światła trochę po północy. Zatem kolacja z Anne byłaby dla niego miłą odmianą. Nawet jeśli przypadkiem zamieniliby się zegarkami, przez co pół następnego dnia John spędzi na szukaniu numeru Anne.
Wracając do meritum, coś takiego może wydarzyć się na blogu o dowolnym mieście. Ale są też blogi w ten czy inny sposób „umagicznione”. Zawsze mi się wydawało, że po to mamy możliwość wcielenia się w elfa, żeby wątki były jeszcze ciekawsze. Niekoniecznie po to, żeby romans wyglądał tak samo jak w przypadku miasta plus długie uszy i magiczne świetliki w tle. Może to was już nudzi, ale znów zarzucę przykładem z Marvela.
    Mój złodziej i jego przyjaciółka uciekają przed ludźmi polującymi na mutantów. Skaczą przez parę ogrodzeń, udają uczestników katolickiego przyjęcia, przemykają piwnicami... A ja i autorka uroczej młodej mutantki świetnie się bawimy, stawiając na ich drodze kolejne przeszkody. To jest wątek pełny akcji, cały czas coś się dzieje. Nie zaś, jak w przypadku Johna i Anne, ona myśli o farbie, on życzy sobie w duchu uwolnić się od niej (dobra, ja tego sobie życzę).
    Inne przykłady ciekawych wątków, które mi się zdarzyły: dziewczyna ze sklepu muzycznego pomaga profesjonalnemu łowcy zabić parę wampirów, dwójka mutantów uwięzionych w holograficznym Nowym Jorku sterowanym przez komputer, który ześwirował, agenci badający opuszczoną bazę gdzieś w Ameryce Południowej, bohaterowie, którzy obudzili się w jakiejś piwnicy i próbują zrozumieć, co się stało, podszywający się pod biznesmena mutant usiłuje przekonać szefową olbrzymiej firmy, że jeden z jej głównych udziałowców do oszust... 

Część druga: Anatomia Akcji.
    Mam nadzieję, że udało mi się was przekonać co do tego, jak istotna jest akcja. W drugiej części artykułu dowiecie się, co następuje, jak tę akcję przedstawić w wątku. Przypomnijcie sobie wszystkie rzeczy, o których była mowa poprzednio, włączcie dobrą muzykę, ewentualnie spacyfikujcie młodsze rodzeństwo, bo właśnie sprzedaję za darmo cenną wiedzę.

    Krok pierwszy: EKSPOZYCJA.
    Przedstawiacie sytuację, mówiąc po ludzku. To ważny moment i nie możecie nic przeoczyć. Jeśli już teraz nie zadbacie o to, by w kącie muzeum stał wypchany łoś, to ciężko będzie uwiarygodnić tego łosia w toku rozwoju wątku. Spokojnie pomyślcie o wszystkim, czego może wasz bohater potrzebować. Już na samym początku uwzględnijcie wypchanego łosia, ale niekoniecznie zapałki w kieszeni bohatera. Nie wszystko trzeba od początku ujawniać, ale tym na początku nie musicie się przejmować, przyjdzie zupełnie samo. Pamiętajcie o strzelbie Czechowa. To zasada, która mówi „Jeśli w pierwszym akcie nad komikiem wisi strzelba, to w trzecim musi wystrzelić” i działa w obie strony. Strzelba nie wystrzeli, jeśli jej tam nie było. Kojarzycie zagadkę o morderstwie w okrągłym domu? Zaczyna się właśnie słowami „W okrągłym domu...” – to nasza strzelba Czechowa, element istotny dla dalszych wydarzeń.

    Krok drugi: ZAWIĄZANIE AKCJI.
    Wiemy już, jak przedstawia się sytuacja na moment przed katastrofą. Nie mówię tutaj o żadnym trzęsieniu ziemi, ale o czymś, co zmusi bohaterów do podjęcia jakichś działań. Na przykład brak kwiatka z wątku Johna, a także odkrycie pomyłki z zegarkami w dalszej części. Zawiązanie akcji może nastąpić tylko jeden raz, ale możemy wprowadzić więcej problemów. Andy ma po południu spotkanie w sprawie pracy, nie może się spóźnić, jednak dzwoni jego narzeczona i prosi o odebranie jej rodziców z lotniska, w drodze na lotnisko ktoś kradnie Andy'emu dokumenty... Trzy problemy, z którymi bohater musi sobie poradzić. Wracając do przykładu zagadki o okrągłym domu „... zamordowano właściciela” – to nasze zawiązanie akcji.

    Krok trzeci: ROZWINIĘCIE.
    John prosi Anne o pomoc, Andy dzwoni na policję w sprawie zaginionych dokumentów, ale jedzie dalej na lotnisko – coś się dzieje. Rozwinięcie zawsze sprawiało mi najwięcej frajdy, ponieważ to jest ten moment, w którym można dać upust wyobraźni i pobawić się bohaterami. Tylko, na litość, pamiętajcie o tym, co napisaliście w karcie. Jeśli dziewczyna ze sklepu muzycznego nigdy nie miała do czynienia z łowcą w akcji, będzie przerażona. Jeśli Anne jest samotną kobietą, przed kolacją z Johnem kupi nowy tusz do rzęs.
    „Jeszcze tego samego dnia detektyw przesłuchał trzy osoby, które przebywały w domu w czasie, gdy popełniono morderstwo.
    – Co pani robiła, gdy zabito właściciela? – zapytał kucharkę.
    – Kroiłam mięso na obiad, a wtedy usłyszałam krzyk i pobiegłam sprawdzić, co się stało. Tak się spieszyłam, że rzuciłam nóż na podłogę.
    – Co pan robił, gdy zabito właściciela? – zapytał ogrodnika.
    – Przycinałem żywopłot. Kiedy usłyszałem strzał, pobiegłem sprawdzić, co się stało. Tak się spieszyłem, że rzuciłem sekator na grządkę tulipanów.”

    Krok czwarty: PUNKT KULMINACYJNY.
    Czyli coś, co sprawia, że wszystko inne staje się jasne. W filmach jest to na przykład znalezienie listu od kochanki. Albo odkrycie, że z konta zaginionego pobrano wczoraj dwa tysiące dolarów. Dwójka agentów odnajduje sposób na skontaktowanie się z bazą operacyjną. Szefowa wielkiej firmy postanawia sprawdzić domniemanego „oszusta”. John zanosi kwiatka siostrze, ale okazuje się, że to nie ten. Sfiksowany komputer wypuszcza na mutantów maszynę do zabijania. Uciekinierzy znajdują zejście do kanałów. Moment, na który wszyscy długo czekali, może niektórzy nie potrafili przez to usiedzieć w miejscu.
    „ – Co pani robiła, gdy zabito właściciela? – zapytał sprzątaczki.
    – Zamiatałam gabinet, wtedy usłyszałam krzyk, więc rzuciłam miotłę w kąt i pobiegłam sprawdzić, co się stało.”

    Krok piąty: ROZWIĄZANIE AKCJI.
    Grand final. Rozstrzygnięcie wszystkich wątków. Jak w texas holdem pokazujemy karty. W odróżnieniu jednak od pokera, tutaj możesz zadecydować, co znajdzie się w twoim ręku. Jeśli dobrze pokierowałeś akcją – masz pokera królewskiego i rozbijasz bank.
    „ – Już mamy winnego – powiedział detektyw zrozpaczonej wdowie. – To sprzątaczka.”
    Skąd wiedział? Bo dostarczyliśmy mu ważnej informacji: dom był okrągły. W okrągłych domach nie ma kątów, zatem sprzątaczka skłamała.
    Inne przykłady rozwiązania akcji: Andy odzyskuje dokumenty i nie spóźnia się na spotkanie, ale zostawia rodziców jego narzeczonej w kawiarni, gdzie czekają kilka godzin. Bohaterowie Fight Clubu to jedna osoba. Czytelnik domyślał się tego od pewnego czasu, ale my wodziliśmy go za nos aż do teraz, kiedy wszystko zostało powiedziane jasno.

    Krok szósty: POAKCJA.
    John je kolację w towarzystwie Anne. To miłe zakończenie wątku. Po bieganinie przy szukaniu roślinki zarówno bohaterowie, jak i autorzy mogą wrzucić na luz, pokazać bohaterów od nieco innej strony. John trochę żartuje, Anne śmieje się nawet z tego, co nie jest śmieszne. Przerażona dziewczyna z muzycznego proponuje łowcy nocleg jako część zadośćuczynienia za to, że uratował jej życie. Taki mały, przyjemy epilog. Trwa dość krótko, bo na dłuższą metę znudziłoby się autorom pisanie o tym, jak cudowną konsystencję mają pyzy, które zamówił John. Chwila wytchnienia, krótki odpoczynek przed kolejną akcją.

    Krok „i pół”: ZWROT AKCJI.

    Element, który możecie wielokrotnie wciskać w rozwinięcie, możecie nawet zrobić z niego fałszywy punkt kulminacyjny. Wprowadzenie zwrotu akcji łamie schemat, który pokazałam u góry. Jest to jednak tylko szkielet akcji i macie pełne prawo na nim manipulować. Nikt nie powiedział, że do wątku może dojść dopiero podczas rozwinięcia. Powiedzmy, że bohater jest federalnym, a drugi prawnikiem, który niespodziewanie znajduje się w centrum śledztwa i pomaga je prowadzić. To też ciekawe. Sam zwrot akcji ujęłabym w ten sposób „ puff! i wszystko jest na odwrót”. Federalny podejrzewał o morderstwo długonogą szatynkę, córkę denata – ona ginie w wypadku samochodowym. Łowca myślał, że zabicie wampirów wystarczy – tam jeszcze był demon. John poszedł po kwiatek – kwiatka nie było.

Dorzucę jeszcze od siebie istotną rzecz: jeśli akcja w naszym wątku cechuje się dużą dynamiką, dajcie sobie spokój z długimi zdaniami i wydumanymi porównaniami. To trudniejsze niż może się wydawać. Najlepsze są zdania pojedyncze, które nadadzą rytm. Jeśli patrzycie na to, co napisaliście i jedno słowo wydaje się burzyć harmonię – wywalcie je. Momenty wielkiego napięcia piszcie nieskomplikowanym językiem. Wtedy możecie poświęcić dłuższy opis na lot pocisku. Jeśli bohater szuka opatrunków, bo jego przyjaciel niedługo się wykrwawi – wykorzystajcie to, pokażcie chaos w jego głowie, kiedy przepatruje kolejne szafki.

sobota, 5 stycznia 2013

Szafa gdańska, różowy dres i pomidory.
Czyli o opisywaniu charakteru.



disclaimer – w artykule występują potężne uogólnienia, żeby nie zajął dwudziestu stron i nie stał się rozprawą psychologiczną, do której tworzenia nie mam zresztą podstaw teoretycznych

Suchy opis charakteru to w moim odczuciu stosunkowo zbędny element. Zanim podniosą się głosy sprzeciwu, niechże będzie mi dane wyjaśnić, jak zapatruję się na ujmowanie osobowości bohatera przy tworzeniu karty postaci, żeby w moim świecie można ją było uznać za satysfakcjonującą. Ciężko stworzyć jedną formułę i nakazać wszystkim stosować się do niej bezwzględnie, bo ktoś zarządził i nie ma wyjścia, trzeba pisać wedle jego widzimisię. Ale można się oddać refleksji, jak opisywać charakter, żeby było oryginalnie, przyjemnie i - przede wszystkim - sensownie. Zaczynajmy w takim razie, pomijając tradycyjny Killusiowy wstęp długości przeciętnej pracy doktorskiej

Większość zgodzi się z twierdzeniem, że ludzie są różni - są tacy i owacy, a zdarza się, że są jeszcze inni. Czyli liczba potencjalnych osobowości zdaje się być niewyczerpana, prawda? Prawda (tak, lubię sama sobie odpowiadać na pytania). Co z kolei prowadzi nas do jasnego wniosku, że każdy stworzony bohater może być obdarzony przez autora innym charakterem. Owszem, możliwości są niemalże nieograniczone, jednak psychologia to nie zjawisko, w którym panuje absolutna anarchia; powstawaniem osobowości kierują pewne zasady. Jeszcze prościej? Charakter człowieka nie może być niespójny i oparty na paradoksach, bo niebezpiecznie zbliżamy się wtedy do ideału mężczyzny według sfrustrowanej części kobiet, a ten biedny facet jest skazany na rozszczep osobowości, jeśli chciałby spełnić wszystkie wymagania. Czyli, tak całkiem łopatologicznie, tworząc bohaterów o niespójnych charakterach, skazujemy ich na schizofrenię. Nieuświadomioną do tego.
Nie mam zamiaru w tym artykule wyjaśniać procesu konstruowania osobowości, bo każdy z czytelników miał okazję przeżyć przynajmniej kilkanaście lat na tym świecie i jeśli dobrze się zastanowi, będzie w stanie prześledzić rozwój swojego własnego charakteru na przestrzeni lat i znaleźć okresy, w których coś się zmieniało, a jedne cechy były zastępowane przez inne. Taka autorefleksja może się zresztą przydać, ale to nie jest grupa wsparcia (i ja nie czuję się kompetentna, żeby wypowiadać się na tematy związane stricte z psychologią), więc postaram się skupić na kwestii, której artykuł sam w sobie ma dotyczyć. Czyli na charakterze bohatera blogowego i jego opisie.

Jeśli według zasobu posiadanej wiedzy, realiów kulturowych i całej masy innych czynników jesteśmy w stanie stwierdzić, że coś jest jednoznacznie białe, nie może być to czarne. Brzmi jak oczywista oczywistość i zasadniczo jest to oczywistą oczywistością, bo poddaje się regułom bardzo ogólnie rozumianej logiki. W bardzo poważnym uproszczeniu można stwierdzić, że również cechy charakteru poddają się tym prawom, jednak muszę powtórzyć, że w tym momencie naprawdę upraszczam sprawę. Człowiek nerwowy postępuje jak człowiek nerwowy, więc w pewnych momentach swojego życia podejmuje nieprzemyślane decyzje, bo działa wedle impulsów, których powodem powstania jest właśnie ta nerwowość. To nie oznacza, że nie da się być nerwowym racjonalistą, ale na pewno nie da się być z gruntu nerwową oazą spokoju. Wyobraźmy sobie nerwowego racjonalistę podczas kłótni. Ma rzeczowe argumenty, myśli logicznie i jednocześnie jest pod wpływem silnych emocji, które wytwarzają choleryczną otoczkę całej dyskusji. Mamy to. Natomiast nie jesteśmy (a przynajmniej ja nie jestem) sobie w stanie wyobrazić jak zachowywałby się podczas kłótni drugi wymieniony typ – nerwowa oaza spokoju, bo to są dwie cechy, które traktowane jako równoważne absolutnie się wykluczają. Wyjściem z tej sytuacji jest stwierdzenie, że określony bohater jest człowiekiem z gruntu spokojnym, jednak wyprowadzony z równowagi ma skłonność do nerwowych reakcji. Czytający to zdanie zapewne stwierdzi, że to ten typ, który nie zrobi awantury tramwajowej emerytce o potrącenie go torebką, ale przy nagromadzeniu frustrujących czynników jego stoicki spokój może zostać w znaczący sposób zachwiany. To ma sens i jest spójne, jednak nie nadaje się do określenia mianem postępowania człowieka, który jest jednocześnie spokojny i nerwowy. Mam nadzieję, że to pokrętne wyjaśnienie w jakikolwiek sposób było zrozumiałe, a sprowadza się do samych podstaw tworzenia tekstu – odpowiedniego doboru słów, który nie pełni jedynie roli ozdobnika, ale w większości przypadków odpowiada za sensowność tego, co piszemy.

Najłatwiej będzie przedstawić na konkretnym przykładzie zjawisko blogowej schizofrenii.
Rozbrykany, tajemniczy, irytujący. Nieco odważny, czasami tchórzliwy, jak to zwykle bywa u ludzi. Ryzykant. Strasznie leniwy, uparty i pyskaty. Czasami mówi prawdę, a czasami kłamie prosto w oczy.  Czasami buntuje się przeciwko nałożonym nakazom i zakazom. Małomówny samotnik, który unika towarzystwa (chociaż czasami i takowym nie pogardzi). Kłótliwy psotnik. Cierpliwy, w miarę spokojny i opanowany, jednak jest obojętny na to co się wokół niego dzieje. Bystry i błyskotliwy. Skłonny do bójek i bijatyk (alkoholowe imprezy, także często odwiedza). Sprytny, często ironizuje (więc ironia i sarkazm, nie są mu obce). Urodzony improwizator (można by rzec, że jego całe życie to czysta improwizorka). Klnie jak szewc, ale jemu to nie przeszkadza. Uważa, że każdy wyraża emocje na swój sposób.
Pomińmy kwestię tego, jakiej jakości jest sam tekst, a zajmijmy się tym, co przekazuje, bo to o wiele ciekawsze niż wynurzenia o braku stylu, ładu i składu. Blogowa schizofrenia w pełnej krasie, mili państwo! I jednoczesna próba stworzenia tego, o czym już pisałam wyżej – faceta idealnego, który ma spełnić wszystkie możliwe wymagania, więc być jednocześnie spokojnym i szalonym, grzecznym i zbuntowanym, troskliwym i szorstkim i tak dalej, i tak dalej.
Należy umieścić ten fragment w pewnym kontekście. Cała karta pisana jest z perspektywy narratora wszechwiedzącego, który z założenia zna postać dokładnie taką, jaka ona jest. Nie mamy tu więc do czynienia z częstym zabiegiem tworzenia karty na zasadzie pierwszego wrażenia, jakie sprawia postać i rozwijania tego wrażenia, zdradzając coraz to więcej szczegółów na jej temat.
Cechy zielone tworzą obraz standardowego złego chłopca, buntownika przeciwko wszystkiemu i wszystkim, być może nawet uroczego awanturnika, który w połączeniu z przyjemną buźką zyskałby grono fanek, gotowych rozłożyć nogi swych bohaterek przed tym niesamowicie pociągającym zjawiskiem.
Cechy czerwone należałoby przypisać raczej posępnemu intelektualiście, który usiłuje być głęboki i z własnej woli poddaje się towarzyskiemu ostracyzmowi, żeby poświęcić długie godziny na rozmyślanie o kwestiach, które przeciętnemu Kowalskiemu zbyt często głowy nie zaprzątają, więc ktoś musi zajmowanie się nimi uznać za swój pomysł na życie. Również pociągający typ.
Sformułowania podkreślone w cudowny sposób pokazują nam niespójność charakteru opisywanego bohatera, co sam autor – pewnie nieświadomie – podkreśla użyciem określonych słów (np. wszechobecne czasami). Nie wiem jak wy, ale ja mam dziwne przekonanie, że człowiek mający daną cechę charakteru dysponuje nią przez cały czas, dopóki stanie się coś, co zmieni jego osobowość. I coś raczej nie jest inną fazą Księżyca, ale pewnym znaczącym wydarzeniem. Tutaj również przydałby się jakiś przykład, ale tym razem będzie on po prostu wymyślony na poczekaniu i bardzo banalny.
Nasz bohater ma na imię, powiedzmy, Cameron. Cameron żyje sobie spokojnie z poślubioną przed kilkoma laty kobietą - Kimberly. Nic nie zapowiada tragedii, gdy pewnego poranka Kim czeka jak co dzień na przejściu dla pieszych na zielone światło. Poprzedniej nocy panowała niska temperatura, a Kimberly wychodzi z domu bardzo wcześnie, więc a drogach jest ślisko, a warunki do jazdy nie są najlepsze. Gołoledź zbiera straszne żniwo – kierowca samochodu traci panowanie nad pojazdem i uderza w kobietę, zabijając ją na miejscu. Dotąd radosny, beztroski i nieco niedojrzały Cameron z dnia na dzień jest zmuszony stawić czoła ogromnej stracie, która sprawia, że staje się innym człowiekiem – zgorzkniałym, niespokojnym i wiecznie przygnębionym pesymistą. Nie może jednak bez końca trwać w żałobie, więc nie dając sobie samemu rady z akceptacją zaistniałej sytuacji, postanawia rozpocząć terapię, która po wielu miesiącach przywraca mu spokój i na nowo uczy czerpać radości z życia.
Przykład okrutnie oczywisty, jednak na nim widać dobrze wydarzenia, które sprawiły, że osobowość bohatera uległa znaczącej zmianie. Najpierw mamy moment – jedno wydarzenie wywraca życie postaci o sto osiemdziesiąt stopni, a tym samym czyni go zupełnie innym człowiekiem niż ten, którym był przed zaistnieniem całej sytuacji. Później – długotrwały proces, którego ostatecznym efektem jest kolejna transformacja. Bohater nie zapomniał jednak o tym, kim był przez całe swoje życie i jak wyglądała jego osobowość w określonych odcinkach czasu, co również wpływa na teraźniejszy jej obraz.
Mam nadzieję, że moje wnioskowanie jest względnie jasne, a jeśli znów wpadłam w swoją manierę rozwlekania i plątania wszystkiego tak bardzo, jak to tylko możliwe, esencja brzmi następująco – człowiek jest tchórzliwy/spokojny/tajemniczy, dopóki określone okoliczności nie sprawią, że stanie się odważny/niespokojny/otwarty.
Ta zasada nie dotyczy oczywiście cech, których ujawnienie się jest sprzężone z sytuacją, napotykanymi ludźmi, nastojem i innymi czynnikami mniej lub bardziej zależnymi od bohatera. Jednak to zupełnie inna kwestia, którą każdy może zaobserwować na sobie. W otoczeniu niewielkiej grupy przyjaciół introwertyk będzie zachowywał się inaczej niż w momencie, kiedy znajdzie się w dużym zbiorowisku obcych ludzi. Szalonego ekstrawertyka zajmowana posada zmusić może do odsunięcia na dalszy plan zestawu cech, który każe mu robić setki zwariowanych rzeczy, bo podczas spotkania z poważnym kontrahentem liczyć się będzie przede wszystkim umiejętność prowadzenia rzeczowej rozmowy w oficjalnym tonie. Takie zjawisko nie trąci schizofrenią, ale jest wyrazem tego, jak wiele zależy od sytuacji i otoczenia. Podobnie dzieje się, kiedy spotykamy przyjaciela i osobę, za którą nie przepadamy – ujawniają się zupełnie inne cechy charakteru, co nie znaczy, że sama osobowość jest niespójna.
Przy okazji dowiedziałam się, że obojętność to przeciwieństwo spokoju, opanowania i cierpliwości. Ale to tak tylko na marginesie.

*

Kolejna kwestia to sam opis charakteru postaci. Na początku powstaje pytanie, czy w ogóle oddzielać go od biografii, skoro równie dobrze można wpleść cechy osobowości postaci do opowieści o jego życiu. Ja osobiście jestem zwolenniczką tej właśnie opcji, ale zdarza mi się również dopisać kilka zdań na temat charakteru, łącząc ten skromny opis z zainteresowaniami bohatera i małym ‘śmietnikiem’ ciekawostek na jego temat. Przyjmijmy, że przez chwilę nie jestem Killusiem, ale osobą, która wybrałaby oddzielenie opisu osobowości postaci od jej biografii i zastanówmy się nad tym, jak tego dokonać, żeby nie było banalnie, miałko i ogólnie rzecz biorąc wtórnie, beznadziejnie i niefajnie. A to wcale nie takie proste zadanie.
 Nie chcę robić za naczelną Ciocię Dobra Rada, która zjadła wszystkie rozumy i zna receptę na sukces w każdej kategorii, dlatego nie napiszę, jak według mnie powinien wyglądać doskonały opis charakteru. Czyli – w domyśle – jak ja je tworzę, bo nawet moje samouwielbienie nie idzie tak daleko, żeby swoje zapatrywania i wytwory uważać za najlepsze i jedyne-słuszne. Dostaniecie ode mnie mini poradnik dotyczący głównie tego, czego pod żadnym pozorem robić nie należy.

Najpierw polecałabym zastanowić się, jaki bohater ma być. Brzmi jak kolejna oczywista oczywistość i rada rodem z tygodnika Naj, ale… serio, przemyślcie to, zwłaszcza w odniesieniu do biografii postaci. Tutaj mamy do czynienia z dwoma sprawami, które należy wziąć pod uwagę – realizm i argumentacja. Nikt nie powiedział, że bohater, którego dzieciństwa nie da rady nazwać idyllicznym nie może być po latach wrażliwym i otwartym optymistą, a ten wychowany pośród dostatku koniecznie musi wyrosnąć na miłującego jedynie pieniądze chama. Jednak tu pojawia się pytanie, dlaczego właśnie tacy nasi panowie są teraz, skoro ich szczenięce lata raczej to uniemożliwiają. Czytelnik nie domyśli się sam, że bohater, który w dzieciństwie przeszedł przez piekło wszelkiej patologii, spotkał w pewnym momencie swej życiowej drogi pewną osobę i to ona swoim zachowaniem, słowami i czynami sprawiła, że naszemu panu zmieniło się patrzenie na świat. Przykłady powodów ukształtowania charakteru w taki czy inny sposób można by mnożyć, jednak sprowadza się to wszystko do najważniejszej sprawy – argumentacji. Niezgodne z ogólnie pojętą logiką cechy pozostawione bez odpowiedniego wydarzenia, człowieka lub procesu, który uargumentuje zmianę poprzedniego stanu rzeczy, wyglądają dziwacznie i tworzą przepaść pomiędzy wydarzeniami z życia bohatera a tym, jaki on w zasadzie jest. Kształtowanie się charakteru funkcjonuje na jakichś zasadach, jak już wspomniałam – nie działa jak jedna wielka anarchia, wiele zależy od wychowania, kultury, przeżyć i całej masy innych czynników, których zidentyfikowanie nie jest skomplikowane, jeśli na tym pięknym świecie spędziło się już trochę czasu. A najprawdopodobniej nikt z grona autorów blogów grupowych nie przyleciał z odległej planety, gdzie wszystko funkcjonowało inaczej. Ale jeśli taki by się znalazł, chętnie go poznam.
Co się zaś tyczy samego opisu, przede wszystkim zrezygnowałabym z formuły zakładającej stworzenie suchej listy cech, bo to jest po prostu mało atrakcyjne, a mało atrakcyjne teksty nie wzbudzają zainteresowania, czyli mogą zostać pominięte, co w przypadku blogów grupowych pożądane nie jest. Sporządzenie prostego spisu nie wymaga również szczególnie wielkiego kunsztu pisarskiego, a przecież publikowane gdziekolwiek twory świadczą o autorze, spod którego ręki wyszły. A ja w końcu żyję w idealnym świecie tęczy i jednorożców, gdzie ludzi interesuje, jak współbracia w blogerstwie odbierają to, co czytają i nie mają wymagań na tyle niskich, żeby zadowolić ich mógł na przykład cytowany wyżej fragment.
Zadbać należy o to, żeby opis charakteru postaci dało się w jakikolwiek sposób wpisać w ramy tekstu literackiego, czyli przedstawiającego określony styl, konsekwentnego, składnego i spójnego. Powinien być również atrakcyjny dla odbiorcy, a więc, oczywista sprawa, poszczególne informacje układamy w zdania tak, żeby fragment miał konkretną, jasną strukturę i – mówiąc bardzo literacko – trzymał się kupy. Chaos jest zrozumiały tylko w momencie, kiedy stanowi pewnego rodzaju koncepcję, odpowiadającą bohaterowi, o którym piszemy, a nieumiejętność sensownego przekazywania swoich myśli bardzo łatwo odróżnić od użycia kontrolowanego chaosu jako konceptu tworzenia tekstu. Przykład? Jasne! Niezorganizowany opis ułożonego prawnika od razu rzuca się w oczy jako niekonsekwentny i kiepski warsztatowo, natomiast chaos w przedstawieniu charakteru bohatera, który sam funkcjonuje w podobny sposób, jest jak najbardziej do przyjęcia i w sposób oczywisty przystaje do całości, jaką tworzyć powinna karta postaci i opisany w niej człowiek.
Gdybym miała rozpisać się na temat najbardziej irytujących typów osobowości bohaterów blogów grupowych, prawdopodobnie stałabym się pierwszym mieszkańcem planety Ziemi, któremu udało się dotrzeć na koniec dokumentu w Wordzie, więc po prostu zignoruję tę jakże atrakcyjną perspektywę wylania swoich żali i przejdę do kwiatków.

*

Sabina chodź jest egoistką, jest kobieca i elegancka.
Egoistki, mili państwo, zazwyczaj mają tyłki jak szafa gdańska i plecy z obu stron, brak im wcięcia w talii, ponętnych blond loków i nóg rozpoczynających się w okolicach szyi, a swoją niekobiecość odziewają w worki po ziemniakach lub różowe kreszowe dresy.

Prywatnie gburowaty i mimo świetnego wykształcenia jeżeli kogoś nie lubi, to nie kryje swojego niezadowolenia podczas spotkań, rozmów, wywiadów.
Prywatnie gburowata gwiazda pomimo świetnego wykształcenia nie kryje swojego niezadowolenia podczas wywiadów, które są elementem życia publicznego tejże gwiazdy. Ma sens.

Ma własne zdanie na każdy temat i nigdy nie widzi powodu, by tego swojego zdania komuś nie przedstawić.
Czujecie to? Kiedy czekacie spokojnie na tramwaj, podchodzi do was jakaś nieobliczalna furiatka i wykrzykuje wam w twarz, że nie znosi pomidorów.

Zapewnię osoby które ją znają powiedzą wiecznie uśmiechnięta, wieczna optymistka, szukająca wróżek i wpatrująca się w gwieździste niebo wyszukując latającego holendra. Czasami jednak to maska, a raczej bardziej trafne było by użycie zwrotu, jedna strona monety.
Schizofrenia blogowo-językowa, prima sort.

Już mi się nie chce. Wam pewnie też, bo to w końcu piąta strona.

*

Zdaję sobie jednak sprawę z tego, że temat na pewno nie został wyczerpany, a gdyby artykuł napisała inna osoba, zwróciłaby uwagę na zupełnie odmienne aspekty, ale od tego mamy magiczny podpis na dole, żeby potwierdzić subiektywizm samego tekstu. Starałam się również ograniczyć ilość narzekania i jątrzenia się nad tym, jakie to zło i występek literacki panuje na grupowcach, bo w końcu spędzamy wszyscy długie godziny, tworząc karty i pisząc wątki, więc jakaś przyjemność z tego być musi. W moim przypadku nie przeważa sadystyczna satysfakcja patrzenia na to, jak współautorzy gwałcą język polski, jak słabe mają pomysły i jaka ilość szyderczego śmiechu wydobywa się z moich trzewi, kiedy czytam ich marne twory. Bo i przypadki takich autorów grupowców się zdarzają, ale im mogłabym poświęcić osobny artykuł, jednakże moje postanowienie noworoczne brzmi – trzymać częściej język za zębami.
Moja rada na koniec jest taka, żeby po stworzeniu karty postaci przeczytać ją jeszcze raz nie tylko pod kątem poszukiwania błędów w zapisie, ale również pod względem spójności bohatera jako jednostki ludzkiej. Sposób na to jest bardzo prosty – wyobrazić sobie scenkę rodzajową z życia postaci w momencie, w którym ta aktualnie się znajduje, postawić przed nią określony problem i biorąc pod uwagę wszystkie nadane jej przymioty zastanowić się, jak zareagowałaby na taką sytuację i dlaczego właśnie tak. Jeśli cokolwiek nie pasuje, niezwłocznie powinno być zmienione, a kolejny przypadek blogowej schizofrenii zostanie zduszony w zarodku. Pamiętajcie, że lepiej zapobiegać niż leczyć.

piątek, 21 grudnia 2012

Jak napisać dobry wątek? (1)

Praktyczny poradnik w kilku odcinkach.
Odcinek pierwszy: Dziesięć rzeczy, o których nie możesz zapomnieć.


Witam po raz kolejny. Z drobnym opóźnieniem, bo ogrom materiału przerósł moje oczekiwania. Jeśli możecie czytać te słowa (a jestem przekonana, że czytacie), to znaczy, że świat się jeszcze nie skończył. Koniec świata w ogóle nie jest nam potrzebny, jeśli ktoś miałby pytać mnie o zdanie. Jest w końcu jeszcze tyle książek do przeczytania, filmów do obejrzenia (idziecie na Hobbita?), spotkań z przyjaciółmi do odbycia, sesji rpg do rozegrania i, co najważniejsze, wątków do napisania. Także jeśli to czytacie (a wciąż jestem przekonana, że czytacie), trafiła Wam się okazja podyskutowania o tym, co musi zawierać wątek idealny.
    
Zasadnicza część zabawy na blogach grupowych zawiera się w wątkach. To sprawia największą frajdę – napisanie kawałka tekstu i czekanie na to, jak zareaguje druga postać. Bez bicia przyznaję, że ja to kocham. Podobne deklaracje widnieją pod większością kart postaci. Bardzo często z dopiskiem, że autorzy kochają tylko dobre, sensowne i najlepiej długie wątki. Jakiś czas temu pojawiło się uściślenie, że mimo upodobania do długości wątków, to jednak serdecznie dziękują za elaboraty na stronę A4. Takie zastrzeżenia nie biorą się znikąd. Znikąd nie bierze się też tendencja, że na trzydziestoosobowym blogu (w czasach, gdy takie prężnie funkcjonowały) A pisała tylko z X i Y, Y pisał jeszcze z B, C próbowała z każdym. Wszystko sprowadza się do tych wątków. Tych wspaniałych lub nieszczęsnych, zależnie od punktu widzenia. W wątkach rozwijają się postacie (a przynajmniej powinny), w wątkach tworzą się powiązania, nierzadko naprawdę pokręcone, ale i cudowne zarazem historie. Tak powinno być. Jest... bardzo różnie. Lepiej niż w momencie, kiedy zaczynałam (wtedy roiło się od autorów, których wątek zawierał się w jednym zdaniu), ale nieco gorzej niż było nie tak dawno, pod koniec życia grupowców na Onecie. Tyle tytułem wstępu właściwego. I od razu ostrzegam, że ten artykuł będzie:
a) mało zabawny – osobiście jestem trochę zdołowana jakością niektórych wątków; wiem, że świata nie zbawię, ale niech to nawet nie sprawia pozorów żartu
b) mało obiektywny – w ogóle nie wierzę w obiektywne poradniki czegokolwiek, co wymaga choć krztyny artyzmu; w poradniku to obiektywnie napiszą, jak jeździć na rowerze, ale nie, jak namalować piękny obraz, skomponować utwór czy napisać dobry wątek.

Z racji wprowadzenia, dzisiaj przystąpimy do rozebrania wątku na czynniki pierwsze. Mam nadzieję, że nikogo podczas czytania artykułu nie trafi szlag. Trochę mi wstyd, że będzie wyłącznie o tym, o czym większość już od dawna wie. W ramach kary mogę coś wszystkim niezadowolonym napisać. Bonusowy odcinek o tym, jak bzdurne wątki pisze Leeshka i dlaczego nie chcecie mieć powiązań z moimi postaciami. Lub inny bajer w tym kontekście. Wiecie, co jest fajne w pisaniu artykułów? Mogę zadać Wam pytanie i założyć, że się zgodziliście, a potem radośnie przejść do dalszej części programu. Co też bez wahania czynię.
   
 PO PIERWSZE: traktuj, autorze, wątek poważnie.
Bez tego nigdzie nie zajdziemy. Nie mam zamiaru tutaj przyczepić się do czyjegokolwiek stylu (jeszcze nie teraz) ani treści wątku. Istotny jest sam fakt podejścia do wątku od strony technicznej. Nikogo nie zmuszam, żeby tworzył istne perełki polskiej literatury, jednak należy pisać warsztatowo dobrze. W niezrozumiały dla mnie sposób utarło się przekonanie, że piątka z polskiego  w żaden sposób nie podnosi jakości pisania nie-wypracowań. Zakłamane to jak diabli. Piątka z polskiego nie sprawi, że będziesz Sapkowskim blogów grupowych, ale automatycznie podniesie cię  wyżej od tych osób, które mimo przynajmniej sześciu lat spędzonych w szkole nadal mają problemy z stawianiem przecinka przez „że”. Druga sprawa ważna w tej materii: niektórym się po prostu nie chce. W czasach onetowskich, kiedy pisanie opowiadań na niektórych blogach było stawiane przez autorów za punkt honoru, nierzadko wątki były do kitu. Świetne opowiadania, po których myślałam „koniecznie chcę wątek!”, a potem walczyłam sama ze sobą, żeby im odpisać. Teraz części autorów najzwyczajniej w świecie się nie chce. Mnie czasem też. Ale ja wolę poczekać z odpisaniem dwa dni niż poczęstować kogoś kawałkiem tekstu pisanego na „odwal się”.

 PO DRUGIE: świat przedstawiony.
Dobra, to już kompletny banał. Ale istotny jak diabli. Wątek musi mieć miejsce i czas. Tutaj często pojawia się problem, gdzie mogą się dwie postacie spotkać. Nie lubię, kiedy ktoś mnie pyta, czy mam pomysł na umiejscowienie wątku. Prawdziwego kociokwiku dostaję (i nie tylko ja) przy pytaniach „A może w knajpie?”. Serio, knajpa brzmi jak prawdziwy horror. Wbrew temu, że jest klimatyczna, pełna interesujących rzeczy (a teraz pytanie do publiczności: kto prowadził kiedyś naprawdę interesujący wątek w knajpie, w którym ciekawa była nie tylko rozmowa między postaciami), to wieje śmiertelną nudą. W tej serii artykułów oprócz przykładów z wątków prowadzonych przeze mnie postaci, pojawi się również kilku bohaterów wymyślonych tylko na potrzeby tekstu. Pierwsza dwójka z nich to Anna i Michał. Oboje mają w życiu przerąbane, bo są bohaterami bloga grupowego. W dodatku trafił się im wątek w knajpie! Weszli, usiedli, zamówili, rozmawiają o życiu i śmierci... I nic. Niezależnie od długości odpowiedzi, jakie przesyłają sobie autorzy, tam nie dzieje się dokładnie NIC.
Jedyne, co może usprawiedliwić wątek w knajpie: postacie nie znają się, ale mają interes do ubicia. Było to ponad rok temu, kiedy na najbardziej komiksowym grupowcu pojawił się bóg kłamstwa. Dogadałam się z autorem, że będzie fajnie, jeśli bóg będzie za wszelką cenę starał się pozyskać mojego złodzieja na własny użytek. Do spotkania doszło w knajpie (inna sprawa, że szybko stamtąd wyszli) i coś się między postaciami działo. To jest fajne.
Po drugie: trzymajcie się realiów. Nie pisałam o tym przy okazji „tworzenia” karty postaci, jednak niedawno Mag zwróciła mi uwagę na niektórych uczniów Hogwartu, którzy nijak się mają do tego, co było w książkach Rowling. Wtedy przestałam sądzić, że wierność realiom jest tak oczywista. Każdemu się zdarzają jakieś faile. Ale są błędy i błędziory. Co innego umieścić na Piątej Alei sklepu, którego nie ma (serio, ktoś będzie to sprawdzał?), uznać, że w ofercie Starbucksa jest shake jagodowy, a co innego szukać zasięgu w Hogwarcie!

PO TRZECIE:  bohaterowie.
Ale sypiemy banałami... No ale trzeba, bo tutaj też wszystko nie jest tak do końca jasne. Wyobraźmy sobie, że Anna i Michał idą przez park. Tak „teraz”. Jest grudzień, święta u płota, niech będzie spore miasto, dajmy na to nasza stolica. Nasi bohaterowie nigdzie się nie śpieszą, rozmawiają. Jak to wygląda w większości wątków? Ano, po prostu idą i idą aż nie skończy im się ścieżka. Często zapominamy o tym, że w tle powinni się przewijać jacyś ludzie. W końcu do świąt raptem dwa dni, więc na pewno Anna widzi, jak dwóch bliźniaczo podobnych chłopaków niesie choinkę. Michał mógłby zatrzymać się na chwilę, żeby przepuścić kobietę, która w butach na dziesięciocentymetrowej szpilce biegnie do samochodu. To nie wszystko. Ktoś może próbować sprzedać Michałowi ręcznie robione aniołki. Albo jakieś dzieci obrzucą Annę śniegiem. Pójdźmy dalej: Michał już ma zamiar zaprosić Annę do siebie na sylwestra, ale oto zauważa w śniegu... portfel. Wniosek jest prosty: oprócz postaci autorów muszą być jeszcze bohaterowie drugoplanowi. Dajcie się popisać nawet kelnerce w barze, ona też ma coś ciekawego do powiedzenia.
Przy tym punkcie powiemy jeszcze o powiązaniach, bardzo krótko i rzeczowo. Zanim komuś zaproponujesz: bycie partnerem swojej postaci/ byłym partnerem, bo coś im nie wyszło/ najlepszym przyjacielem/ koleżanką z klasy, zastanów się osiemnaście razy! (ten wątek będzie kiedyś rozwinięty)

PO CZWARTE: opis.
Zaskakujące, jak ciężkie do napisania może być coś, czego uczymy się już od wczesnej podstawówki. Najzabawniejsze jest to, że akurat ta część słabiej wychodzi autorom ze „stażem”. W Świeżaki jeszcze się przykładają, dbają o szczegóły. A stara gwardia już niekoniecznie. Dlatego w celach edukacyjnych zamieszczę małe powtórzenie na temat opisów. Przydatny tym bardziej, że opis to fundament wątku.
a) Opis przedmiotu; (wprowadzenie) Anna wzięła z najbliższej półki małą szkatułkę. (cechy przedmiotu!) Wykonano ją z inkustrowanego złotem dębu. Na wieczku z zadziwiającą precyzją wyryto ozdobne inicjały R.N. W umyśle dziewczyny zaskoczyła odpowiednia zapadka i skojarzyła te piękne roślinne motywy z secesją. Teorię potwierdzała ptasia sylwetka na przedniej ściance. (pamiętajcie, że człowiek ma więcej zmysłów niż tylko wzrok) Opuszkami palców wyczuła lekko starte brzegi wieczka, jakby ktoś pocierał je przez długie godziny. Gdy zaś pociągnęła nosem, rozpoznała zapach lawendy. Takiej, jak w woreczkach, które babcia zawsze chowała w szafie. (ocena, bo w końcu każdy ma jakieś własne zdanie) Mimo wszystko uznała trzymanie czegoś takiego w domu za przejaw tkliwości, a ostatnie, czego potrzebowała to siatkarz-beksa.
Ważne: opis może być ogólny lub szczegółowy i zalecam równowagę. Nie ma sensu opisywać dokładnie butów postaci, natomiast istotne dla fabuły przedmioty zasługują na więcej uwagi.
b) Opis wnętrza: zachowanie tych samych elementów. Opis może być szczegółowy lub ogólny. Zatem: kaplica, do której wszedł Michał miała wymiary mniej więcej pięć metrów na cztery, wybudowana w stylu romańskim, co sygnalizowało sklepienie krzyżowe oraz wysokie okna przyozdobione witrażami przedstawiającymi sceny z żywotu świętego Aleksego, etc... Lub: wszedł do sporej kaplicy, której okna ozdabiały kolorowe witraże.
c) Opis elementów natury: przypominamy, człowiek ma pięć zmysłów. Zatem leżąc na szorstkiej trawie, Michał widział nad sobą koronę rozłożystego buku, spomiędzy gałęzi prześwitywało bezchmurne niebo. W nos wwiercał się zapach kwitnących ziół, gdzieś w oddali brzęczały owady. Sielankowego obrazka dopełniało jabłko, którego słodki sok kapał Michałowi na brodę.
d) Opis postaci; (kto?jaki?)Bartek przerósł Annę o dobre dwie głowy, miał sylwetkę sportowca. Gorzko pożałowała wszystkich docinków, jakimi częstowała go w gimnazjum. Gdyby teraz powiedział jej to samo, co wtedy, piszczałaby ze szczęścia. Czy wcześniej też miał tak niebieskie oczy?  I tak ciemne włosy?
e) Opis przeżyć wewnętrznych; (prawidłowe nazwanie uczuć) Był tak zdenerwowany, że (opis zachowania) bezwiednie zaciskał palce na brzegu stołu. Wpatrywał się w drzwi na tyle długo, by zamazał mu się obraz przed oczami, (opis myśli) cały czas zastanawiając się, co będzie, jeśli jednak nie miał racji.
f) Opis sytuacji; (co?gdzie?kiedy?) Jak co rano, Anna wyszła do sklepu po świeże pieczywo. Ku jej irytacji kolejka do piekarni ciągnęła się już od sklepu zoologicznego, co oznaczało blisko kwadrans stania w kolejce. Na domiar złego trzy Koreanki albo inne Japonki próbowały wyjaśnić ekspedientce, którą chcą bułkę. (przedstawienie zespołu okoliczności bliskie opowiadaniu)
Opis obrazu sobie darujemy, bo to już przypadek ekstremalny. A jak żyję, jeszcze nie miałam wątku w galerii sztuki.
WAŻNE: opis może być artystyczny lub realistyczny i od autora zależy, z której opcji skorzysta, radziłabym jednak porzucić niektóre piękne sformułowania na rzecz klarowności tekstu. Kluczem dobrego opisu są szczegóły. Możemy powiedzieć, że Michał miał zwierzątko domowe. Więcej jednak zdradzimy mówiąc, że miał w akwarium trzy rybki. A już najlepiej zrobimy, jeśli powiemy tak: Michał miał w domu dwa bojowniki japońskie i glonojada. Pozostaje nam tylko mieć nadzieję, że drugi autor wie, jak wygląda bojownik japoński albo przynajmniej pokusi się o wygooglowanie tego.

PO PIĄTE: dialog.
Na dialogu opiera się interakcja postaci. Dialog daje nam okazję do wykazania się dowcipem. Dialog jest naprawdę zbawienną rzeczą. Z dialogiem też niektórzy mają problem. Dlatego o tym powstanie caluśki oddzielny artykuł. Rada na teraz brzmi tak: weź do ręki książkę, popatrz, jak tam wygląda dialog i postaraj się robić tak samo. To działa.

PO SZÓSTE: sens.
Nie masz pomysłu na odpowiedź – nie pisz. Przejdź na spacer, napij się wody, odrób matmę... Masz genialny pomysł na odpowiedź – nie pisz. Posłuchaj ulubionej piosenki, weź parę głębszych oddechów – możesz pisać. Wymuszone teksty są niewiele gorsze od tych pisanych w literackim uniesieniu. Obu często brakuje sensu, a to zupełnie nie pomaga obu stronom.

PO SIÓDME: wiedza.

Jeśli chcesz napisać o czymś, o czym niewiele wiesz, masz trzy możliwości.
Pierwsza – nie pisz. Pójdź na łatwiznę. Nie ryzykujesz błędu, nie narażasz się na śmiech.
Druga – pisz ogólnikiem. Jeśli kojarzysz, że jakiś Francuz namalował „Wolność prowadzącą lud na barykady”, to pisz, że to dzieło francuskiego malarza.
Trzecia – DOWIEDZ SIĘ. To najlepsze możliwe rozwiązanie, które gorąco popieram. Internet nie boli, książki i gazety też nie bolą. Wytykacie mi to, ale tak – ja strasznie lubię popisywać się wiedzą. Taki typ człowieka.

PO ÓSME | DZIEWIĄTE | DZIESIĄTE:
AKCJA | FABUŁA | PLAN.

(bardzo dziękuję za uwagę, o tym będzie następnym razem).

Oraz ważna sprawa: jeśli piszę o tym, że opis ma się składać z tego a z tego, to nie znaczy, że każdy opis, jaki sama napiszę będzie dokładną realizacją schematu. Niedawno natrafiłam w podręczniku do polskiego (tak, czasami je czytam) na ładne zdanie, które brzmiało mniej więcej tak: "Jeśli widzimy w pracy spełnienie warunków postawionych w treści zdania oraz narzuconych przez formę wypowiedzi, możemy uznać pracę za poprawną. Prace dobre są wtedy, gdy piszący wchodzi w dialog zarówno z tematem, jak i formą wypowiedzi".

Wesołych Świąt, szczęśliwego Nowego Roku i pozostałych banałów życzy nielubiąca składać banalnych życzeń Leeshka.

PS:  Po długiej nieobecności wrócił mój ukochany blog, też bardzo komiksowy. Ale bez obaw - tutaj łatwo się odnajdziecie. Za tę reklamę mi nie zapłacono, to wolontariat - X-MEN SCHOOL

czwartek, 13 grudnia 2012

Zło siedzi w cieniu i sapie albo sparkli w słońcu.


Leeshka żyje. Już macie odpowiedź na pytanie, dlaczego od tak dawna nie widzieliście żadnego artykułu opatrzonego moim nickiem. Udało mi się zgromadzić na tyle czasu, by wyskrobać lekcję o dwóch istotnych chorobach postaci na blogach. Klasa wstać! Klasa usiąść! Klasa zapisze podpunkt „a”. 

SYNDROM DC

W tym miejscu zamieszczam oficjalną i prawdopodobnie jedyną dedykację, jaka pojawi się w moich artykułach. Poniższy tekst nigdy by nie powstał, gdyby nie moja dobra blogowa znajoma. Nie jestem w stanie teraz powiedzieć, która z nas nadała zjawisku nazwę, ale zapewne była to O. 

Geneza: Jestem komiksiarą. Przemawiają do mnie faceci z nadnaturalnymi mocami, przemawiają do mnie naukowcy operujący cząsteczkami, które nie istnieją i nie do końca wiadomo, co robią. Ale są zarąbiste. A z wydawnictw komiksowych dwa są największe: Marvel (ci, co kupili Star Wars) oraz DC (ci od Batmana). Zasadnicza różnica między nimi polega na sposobie, w jaki kreują swoje postacie. O ile blog marvelowski istnieje już długo i raczej nieprzerwanie, to bloga DC długo nie było widać na horyzoncie. Kiedy się wreszcie pojawił, ja (która nie cierpi DC) uznałam, że w sumie można spróbować. Po wczytaniu się w realia odkryłam nudę życia tych superbohaterów. 

Disclaimer:
bohater Marvela – Bruce Banner/Hulk: naukowiec, który wskutek promieniowania gamma zmienił się w zielonego potwora, którego naprawdę niewiele rzeczy jest w stanie zniszczyć. Ani Banner ani Hulk nie są specjalnie przystojni oraz bogaci. Tego drugiego przez dłuższy czas próbowano zabić. A potem siłą wcielono do drużyny superbohaterów, która notabene w zamyśle miała być parodią Ligii Sprawiedliwych. 

bohater DC – Clark Kent/Superman: przybysz z obcej planety; lata, strzela laserem z oczu, jest supersilny, a jego jedyną słabością jest kryptonit, który ciężko dostać w osiedlowym. Posiada niebywałą zdolność oszukiwania ludzi za pomocą okularów – wystarczy, że je założy i nikt nie jest w stanie skojarzyć go z Supermanem. W zasadzie świętszy od papieża, przystojny, nosi majtki na wierzchu i należy do Ligii Sprawiedliwych – organizacji zrzeszającej podobnych jemu bohaterów. 
Łapiecie różnicę, nie? 
Jeśli jesteś brzydki, nie możesz być bohaterem w DC. Mimo to większość tych bohaterów wiedzie koszmarnie nudne życie. Raz na jakiś czas coś tam się u nich wydarzy, ale to i tak niewiele wnosi. Bohaterowie z DC głównie walczą z przestępcami, pomagają glinom i czekają, aż komisarz Gordon  mrugnie, a potem znikają. Obowiązkowo wszyscy są sierotami, najczęściej sierotami z bardzo tragicznych powodów (porachunki z mafią, konieczność ratowania własnej planety...). I nigdy się nie wahają, nigdy nie mają wątpliwości. Dla porównania Marvel serwuje eventy, po których postacie zmieniają swój stosunek do życia o sto osiemdziesiąt stopni. Zaraz ktoś wyciągnie przykłady, w których tak nie jest, dlatego od razu mówię, że chodzi o większość postaci. Są w Marvelu bohaterowie nie do przekabacenia. Jednak spora część z nich niekiedy porzucała swoje tożsamości, zrywała wszystkie kontakty i próbowała normalnego życia. Wciąż opowiadam o komiksach, dlatego łatwo się domyślić, jak to wszystko zawsze się kończyło. Zaraz jednak pomówimy o blogach, tam jest podobnie. 
Koniec disclaimera. 


Opis: Syndrom DC pojawia się też w grach. Pewnie każdy kiedyś wpisał simom kod na kasę i zbudował najbardziej wypasiony dom w okolicy. A po zbudowaniu domu... właściwie nie było już nic do roboty. Albo w RPG, kiedy stworzy się postać napakowaną umiejętnościami, z poziomem piętnastym tam, gdzie powinna mieć pierwszy. I potem gra jest śmiertelnie nudna. 
Na blogach sprawa wygląda podobnie. Tworzymy wypasioną postać tak, żeby każdy moment jej życia był czymś zapierającym dech w piersiach, po prostu chodząca zarąbistość. A potem okazuje się, że w wątkach jakoś to nie idzie. To w zasadzie jeszcze nie jest najgorsze. Najgorsza jest obojętność tych postaci albo teatralizowanie. Mały apel do blogerów: nie piszcie tak, jakbyście widzieli to w filmie. Pisanie opowiadań znacznie różni się od pisania scenariusza i nikt nie musi wypuszczać tacy z rąk. Wracając do sedna, każdy chce, żeby w życiu jego postaci coś się działo. Weźmy na przykład niechcianą ciążę. Stało się i przez kilka sekund jest strasznie, a potem blogowej Mary zupełnie przechodzi i jest taka, jak dawniej. Zupełny brak rozwoju postaci. Nawet jeśli to klasyczny przypadek syndromu DC i postać nie ma żadnych wad, to może się zmienić. Jak nie na lepsze, to na gorsze. 
Zagrożenie: Jak cholera. 
Sposób leczenia: Zingorować. 
Reasumując: syndrom DC to jest to - 
Kffiatki: 

Kto nie zna tej uroczej panienki Amelii? Wszyscy ją znają. Znana jest w całym Nowym Jorku. Nie tylko w szkole , ale i poza nią.
Generalnie prezydent musi zamawiać u niej audiencję z miesięcznym wyprzedzeniem i tylko w chwilach najwyższego zagrożenia, żeby czasem nie obrazić majestatu. 

-uwielbia wszelkiego rodzaju torebki, torby, plecaczki i przede wszystkim buty. 
Buty też zakłada sobie na ramiona. Wybaczcie, nie mogłam się powstrzymać. 

Rozpoznawalna w prawdzie tylko pod jednym dwoma względem. Jej charakterek który daje się każdemu we znaki i włosy. Zawsze spokojna głośna, rzadko dziwna spokojna. Gdyby ludzie mieli powiedzieć kim według nich jest Pronto Anne, to by stwierdzili, że sensem ich łóżka życia. To ona zawsze znajdzie się tam gdzie ludzie potrzebują odwagi pomocy. Nie pomaga im jednak aż tak często. Im się tylko tak wydaje, bo jest przy nich, a to im wystarcza. 

Wiem też, że jest strasznie wrażliwa, łatwo ją zranić, ale zawsze udaje, że nic się nie stało. Ma bujną wyobraźnię i to za bardzo. Boże, co ona czasami wyrabia, jakie ona historyjki wymyśla. Tym samym ma bardzo wielkie poczucie humoru. Powiem Ci też, że z nią nie jest łatwo. Jeśli ją oszukasz, tracąc tym samym jej zaufanie - odpadasz. Po prostu nie ma ochoty przyjaźnić się z osobą, która' tak strasznie ją potraktowała. Taka właśnie była sytuacja z Amelią, bo jej chłopaka odbiła, ale mniejsza o to. 

Idziesz sobie przez centrum handlowe. Postanowisz wejść do najdroższego sklepu. Widzisz tam wysoką blondynkę. Ogląda jakieś firmowe ciuchy. Pff... Przechodzisz obok niej. Zauważasz wtedy dokładnie jak wygląda. Ma długie nogo i gęste śliniące blond włosy. Jest bardzo zgrabna, ma wcięcie w tali i duże piersi. Wywracasz oczami. Przypatrujesz się jej twarzy. Ma pełne czerwone usta i zielone oczy. Oh! Jak ty byś chciała mieć zielone oczy. Jako kobieta znasz się na makijażu. Widzisz, że ma maskarę, szminkę i cienie. Od razu wiesz, że stawia na lekki makijaż. Wcześniej nie przyjrzałaś się jej ubraniu. Za bardzo nie ma co opisywać. Jet to droga, czarna sukienka. Bardzo ładna. podkreśla jej figurę. Ma też szpilki co dodaje jej wzrostu. No i koniec oglądania bo sklepikarka się wyrzuca. Tak się zamyśliłaś, że przez jakieś dziesięć minut trzymałaś w ręku jaką ścierę. Za takie coś chcieli stówę? Haha! No i nic. Grzecznie wychodzisz ze sklepu i koniec opowieści. 


SYNDROM SNOWA
Geneza: Czytałam opowiadanie autorki o nicku Snow, wtedy zauważyłam tego potwora. 
Opis: Nowy rodzaj narratora. Narrator niezdecydowany. Przede wszystkim pomówmy o tym, że narratora w opowiadaniu lub wątku powinno nie być. Nie mówię tutaj o narratorze pierwszoosobowym. Co innego też, gdy narratorem jest dziadek, który już na wstępie mówi „Miałem podczas studiów kolegów...” albo jakiś inny Opowiadacz. Na potrzeby artykułu przyjmijmy, że Opowiadacz jest osobą, która brała udział w wydarzeniach albo miała z nimi jakiś związek, co daje jej pełne prawo do wydawania osądów o postaciach. Syndrom Snowa przenosi te cechy na zwykłego narratora trzecioosobowego. Pojawia się nam w tekście jakieś „ja”, które zna bohaterów (i wie o nich dokładnie wszystko), próbuje skupić uwagę czytelnika na sobie, produkuje się i produkuje... Aby potem stwierdzić, że to bez sensu. Znacie początek Hobbita? W oryginale brzmi tak: „W pewnej norze ziemnej mieszkał sobie pewien hobbit. Nie była to szkaradna, brudna, wilgotna nora, rojąca się od robaków i cuchnąca błotem, ani też sucha, naga, piaszczysta nora bez stołka, na którym by można usiąść, i bez dobrze zaopatrzonej spiżarni; była to nora hobbita, a to znaczy: nora z wygodami”. 
Nawiązując do Władcy Przekładów, w przekładzie narratora niezdecydowanego tekst brzmiałby tak: 
„W pewnej, ale nigdy nie dowiecie się której i gdzie, i kiedy, norze ziemnej (ha, dobrze mówię – była to nora ziemna) mieszkał sobie pewien hobbit. Nie była to, jak powiedziałby ktoś, szkaradna, brudna, nazywana przez niektórych, wilgotna nora, rojąca się od – nigdy nie zgadniecie – robaków i cuchnąca szlachetnym błotem, które skądś musiało się tam wziąć, jednak nie powiem wam skąd, ani też sucha, naga jak ser z dziurkami, piaszczysta nora bez stołka, na którym by można usiąść, i bez dobrze zaopatrzonej spiżarni; była to nora hobbita, a to znaczy: nora z wygodami... Jednak to nieistotne. Teraz opiszę wam sytuację tak zwykłą, że aż niezwykłą. Nie będzie w niej żadnych hobbitów. Na co komu hobbit?! Nonsens...”
Zagrożenie: niewielkie; jedynie irytuje
Sposób leczenia: nieznany, chorujący na syndrom Snowa strzelają focha przy każdym zwróceniu uwagi. 
Kffiatki: 
Wysłuchamy, zapamiętamy, będziemy się zastanawiać nad każdym słowem. Gotowi?
Nasuwa mi się pierwsza myśl. Myśl o dniu narodzin Caris. Zastanówmy się jednak jaki ma sens opowiadanie o tym. Czy kogokolwiek to obchodzi? No właśnie, nie! Dlatego może przewińmy się trochę do przodu. 

Nie spodziewaj się tego, że opiszę ci historię godną napisania bestseleru bądź ogłoszenia tego w wiadomościach. Niestety nikt się u niej w rodzinie nie mordował, nie gwałcił, nie pił do nieprzytomności czy też  był ćpunem. Nie doszukuj się niczego nadzwyczajnego. Ja wiem, że teraz bycie pokrzywdzonym jest teraz takie modne i my wszyscy kochamy ofiary losu, wydają się one tak bliskie naszemu sercu. A tu masz babo placek, ponieważ jej życie nie jest niczym specjalnym, nie doszukasz się w nim sensacji. Urodziła się jako jedno z bliźniąt dwujajowych w święto zakochanych. 
Gdyż, jak powszechnie wiadomo, poza świętem zakochanych bliźnięta już nie są dwujajowe.

Melody, Melody.. Jaka jest Melody każdy widzi, dlatego też niekonieczne jest opisywanie tego dziewczęcia, ale skoro tak bardzo tego chcesz.. Właściwie to nie wiem od czego zacząć, bo w Mel jest tak wiele ciekawych-nieciekawych rzeczy, że trudno wybrać i opisać te podstawowe, podobno najważniejsze


Klasa zapisała? Jak zapisała, to niech zapamięta, bo już niedługo egzamin praktyczny z radzenia sobie z osobami chorymi. A my się widzimy za tydzień na pogadance o wątkach, bo Lyra podrzuciła naprawdę dobry pomysł. 
Aye! 

poniedziałek, 19 listopada 2012

Psychiatra je myszy jak kot.
CZĘŚĆ I



Dobra, rodacy, czas najwyższy skończyć z rozleniwieniem i jesienną depresją. Słowo klucz, jedno z wielu, do dzisiejszego artykułu już wymieniłam w poprzednim zdaniu, więc przejdźmy od razu do rzeczy.

Pisanie o tym, o czym nie ma się zielonego pojęcia w blogowej rzeczywistości jest tak stare jak ona sama. Jednak odnoszę dziwne wrażenie, że dopiero blogi grupowe umożliwiły rozlanie się fali pseudoznawstwa i niemożebnych bredni po naszym wspólnym padole. Bo oto jedni zieloni w temacie mają możliwość przedstawienia innym zielonym w temacie odrobiny całkowitej abstrakcji i lawiny absolutnych bzdur. To nie byłoby aż tak przerażające, gdyby nie jeden drobny szczegół – zieloni przekazujący wierzą, że mają rację, natomiast zieloni odbierający wierzą, że zieloni przekazujący mają rację, a oni jako odbiorcy mogą spokojnie wykorzystywać otrzymane informacje. Czyli tym samym przekazywać bzdety dalej. Tak to działa, mili państwo. Lektura kart na blogach, które stały się podstawą dzisiejszego artykułu umocniła tylko moje przekonanie, że ciasnota umysłowa się rozszerza, a razem z nią rozszerzają się całkowicie bzdurne przekonania i niemające żadnego związku z rzeczywistością przeświadczenia.

Zapyta ktoś – dlaczego mamy z tym walczyć? Przecież to blogi, internety, fikcja literacka. Ano, owszem, to blogi, internety i fikcja literacka, jednak mi jeszcze nie zdarzyło się spotkać z dobrą prozą, która byłaby oparta na niezweryfikowanej wiedzy. A stąd płynie jeden podstawowy wniosek (a raczej dwa… dwa w jednym) – albo, drogi autorze, sprawdzasz o czym piszesz i tworzysz losy swoich bohaterów w tej rzeczywistości, którą wszyscy znamy, albo kreujesz własną rzeczywistość i w niej umieszczasz swoje postacie i wydarzenia z ich życia. Tolkien tak zrobił, nie?

Form i odmian gadania od czapy blogosfera wyprodukowała całe mnóstwo. Wielość gatunków jest tak powalająca, że ogarnięcie jej na kilku zaledwie stronach dokumentu Microsoft Word byłoby niemożliwe. Dlatego zajmiemy się tylko jedną z odmian, a resztę pozostawimy na inną okazję, która na pewno się nadarzy. Najpierw przedstawmy systematykę naszego gatunku.

Królestwo: Blogowce
Typ: Wkurwogenne
Gromada: Wyniki Niewiedzy
Rząd: Bzdury
Rodzina: Bzdury Pseudonaukowe
Rodzaj: Bzdury Okołomedyczne
Gatunek: Bzdury Psychiatryczne

Mamy wstępną systematykę naszego gatunku, który poddamy mniej lub bardziej, to się jeszcze okaże, wnikliwym badaniom na obecność Wirusa 3A – Absurdu, Abstrakcji i Absolutnegobrakuwiedzy. Ten groźny nieprzyjaciel sensownego i zgodnego z zasadami panującymi w naszym świecie kreowania postaci na grupowcach ma swoje określone drogi wnikania do organizmu blogowego. Najczęściej rozprzestrzenia się pod postacią mrocznej nastolatki, która pół życia spędziła na uciekaniu z psychiatryka (sic!), a drugie pół na byciu zwolenniczką bardzo długiej kreski, najchętniej w towarzystwie butelki wódki (lub whiskey, jeśli autorka – bo jest to zazwyczaj Ona – ma już pierwsze picie wódki za sobą, czyli osiągnęła wiek zazwyczaj gimnazjalny) i tłumu mężczyzn. Element psychiatryczny jest tutaj niezbędny, bowiem ta mutacja wirusa 3A gnieździ się tylko w postaciach, które z tą przyjazną i sympatyczną instytucją kiedykolwiek miały do czynienia. Za kopalnię wiedzy niesamowitej posłużą mi dzisiaj dwa blogi, bracia – blogspotowy nieżywy od niedawna i onetowski martwy od zamierzchłych czasów. Oba dotyczą stricte życia w szpitalu psychiatrycznym i oba miałam przyjemność współtworzyć, więc poznałam tego smoka.

Na początek chciałabym szanownym czytelnikom wyjaśnić, dlaczego roszczę sobie prawo do napisania tego artykułu, skoro jestem przedstawicielem dokładnie tego samego klanu blogowych pisarzy co ci, których niewiedzę będę za chwilę udowadniać. Ano dlatego że na mojej półce pomiędzy Pilipiukiem a dwoma biografiami Johnny’ego Deppa kwitną dorodne psychiatryczne tomiszcza, które raczyłam przeczytać, a fragmentarycznie również w miarę dokładnie przyswoić. Zapyta ktoś po cóż mi to było; ano po to, żeby zaspokoić swoją ciekawość, która kazała mi zainteresować się również i tym tematem pośród paru innych oraz po to, żeby nie pisać bredni, jeśli już zabieram się za poruszanie określonego wyżej tematu w swoich literackich wypocinach.
Dość wstępów, przejdźmy w końcu do rzeczy – mieliśmy to wszak zrobić już stronę temu.

Wstępna diagnoza bzdurności:
  • Autorzy podejmujący się pisania o pacjentach szpitala psychiatrycznego nie mają pojęcia, jak ta instytucja funkcjonuje i jaki typ schorzeń przede wszystkim leczy się w takich miejscach.
  • Głównym powodem zainteresowania tematem jest jego kontrowersyjność, zaś poziom wiedzy autorów można w większości określić jako szczątkowy. I to nie byłoby aż tak dużym problemem, gdyby piszący zechcieli sięgnąć do dostępnych źródeł i dowiedzieć się czegokolwiek ze wskazanego zakresu.
  • Osoby trafiające do blogowych psychiatryków (sic!) są do siebie na ogół bardzo podobne, co wynika ze wspomnianego wyżej braku wiedzy i dążenia do jak najbardziej spektakularnej kreacji postaci.
  • Starszy, onetowski, brat roił się do dziwnych jednostek autorskich, które pragnęły stworzyć sobie drugi życiorys w internetach, więc próbowały przekonać całą resztę zacnego grona, jakoby opisywały własne doświadczenia.


BRAK WIEDZY
Tutaj można pisać a pisać, dlatego spróbuję przedstawić najgłówniejsze bzdury wynikające z tematycznego niedouczenia tworzących.
Gdyby porównać informacje zawarte w literaturze specjalistycznej i przypadki przedstawiane w filmach o psychiatrycznej tematyce, można by śmiało dojść do wniosku, że na ogół jedno do drugiego pasuje, ale kinematografia przedstawia przejaskrawione przykłady, absolutne ekstremum, które stanowi margines rzeczywistości. Tutaj powód jest łatwy do określenia – to się sprzedaje. Więcej ludzi z wypiekami na twarzy obejrzy film o psychopatycznym mordercy, który ma tak bardzo nierówno pod sufitem, że po seansie cieszymy się z jego funkcjonowania jako postaci fikcyjnej, niż przeniesioną na ekran historię walki z depresją jakiegoś przeciętnego człowieka, niestanowiącego zagrożenia dla nikogo poza sobą. Pierwsze to emocjonujące, szokujące i, biorąc pod uwagę świadomość, że mamy do czynienia z obrazem filmowym, należące do świata rozrywki zjawisko, drugie jest po prostu monotonne, ciężkie i mało ekscytujące dla szerokiej publiczności. Z tym samym mechanizmem mamy do czynienia na blogach. Jest tylko jeden problem. Gdy na grupowcu mamy trzydzieści postaci, z których każdą można umieścić w tym ekstremum, żadna z nich nie jest już ewenementem, a całość staje się jedną wielką brednią. Świat nie jest czarno-biały i nie składa się z ekstremalnych przypadków.
W związku z fascynacją skrajnościami można bez problemu wyróżnić określone blogowe trendy, które królowały na dwóch omawianych dzisiaj stronach. Nie będę się oczywiście rozpisywać na temat poszczególnych zaburzeń, bo nie o to w tym artykule chodzi (zainteresowanych odsyłam do książek i publikacji medycznych). Spróbuję wykazać podstawowe błędy wynikające z nieznajomości tematu.
Przede wszystkim modna była schizofrenia, przede wszystkim paranoidalna, przede wszystkim połączona z obsesyjną autoagresją. Dodać należy, że wiek pacjentów rzadko kiedy przekraczał 20 lat. A manifestacja schizofrenii paranoidalnej umożliwiająca jednoznaczną diagnozę w wieku nastoletnim to rzadkość, co autor by wiedział, gdyby zechciał chociażby przejrzeć internety. Blogowa odmiana schizofrenii sprowadzała się do trzech magicznych objawów – słyszenia głosów, autoagresji i tego, co człowiek ogarniający temat nazwałby socjopatią. Tymczasem nie wszyscy schizofrenicy w równym stopniu przedstawiają objawy wytwórcze (między innymi te nieszczęsne omamy słuchowe), zaledwie (kiepskie słowo, ale przy blogowych blisko stu procentach to faktycznie zaledwie) kilkanaście procent z nich spróbuje popełnić lub popełni samobójstwo, a bardzo niewielki odsetek (porównywalny lub odrobinę większy niż w populacji ludzi zdrowych) popełni przestępstwa kryminalne. Wniosek? Blogowi schizofrenicy oparci są na bardzo mocno ograniczonym i w większości niekoniecznie zgodnym z faktami stereotypie powstałym ze społecznego przekonania o obrazie tej choroby. Nawet elementy wiedzy wikipedycznej ciężko tu znaleźć, a to byłoby już coś, biorąc pod uwagę mierne próby wykreowania postaci na podstawie ogólnej wiedzy (tym razem nie w rozumieniu zestawu faktów, które powinny być znane każdemu człowiekowi, ale zbioru stereotypowych przekonań funkcjonujących w społeczeństwie).
Licznie występowały również wszelkie zaburzenia odżywiania – temat teoretycznie prostszy od schizofrenii, jednak diabeł tkwi w… teoretycznie. Tutaj istniały dwie główne grupy postaci – ekstremalni oraz przypadkowi. Jeden z ekstremalnych anorektyków (autentyk blogowy!) ważyć miał 25 kilogramów, co przy względnie standardowym wzroście około 170 centymetrów daje BMI poniżej dziewięciu. Pominę fakt, że skóra, kości, trochę mięśni, bebechów i całej reszty waży przynajmniej dziesięć kilo więcej Ciekawostka kolejna jest taka, że ów mężczyzna miał jeszcze dość energii, żeby wygłaszać płomienne mowy przed większą częścią społeczności pacjentów. Historia z odchudzaniem się dla kariery w modelingu była standardem powielanym przez kolejne fale anorektyków i anorektyczek, a wszyscy, mam nadzieję, wiemy, że przypadki głodzących się modelek to tylko najbardziej rozdmuchany z przykładów, nie zaś 90% wszystkich przypadków, co patrząc na blogowe zwyczaje można by było śmiało, choć błędnie, stwierdzić. Bulimia z nieznanych filozofom powodów cieszyła się mniejszą popularnością i zazwyczaj dotyczyła przypadkowych, którzy zaburzeniami odżywiania zostali obdarowani przez swych autorów z jednego prostego powodu – żeby było dramatyczniej. Schizofrenik z bulimią lub bulimik ze schizofrenią brzmi o wiele ciekawiej niż przedstawiciel którejś z grup solo, czyż nie? Wspomnieć należy również o tym, że zwłaszcza u przypadkowych pojawienie się określonych zaburzeń po prostu miało miejsce. Alex, Sophia czy Anastaise któregoś dnia po prostu obudził/a/o się i stwierdził/a/o, że oto ma bulimię/anoreksję/cokolwiek innego. Zero powodów, to się po prostu stało. I już.
Trzecim najpopularniejszym powodem przebywania w blogowym psychiatryku (sic!) była narkomania (ewentualnie w doborowym towarzystwie różnych innych ciekawych uzależnień). Grupowcowy narkoman bardzo rzadko raczył mieć powyżej osiemnastki, a najczęściej rozpoczynał niebezpieczne związki z dragami zaraz po ukończeniu pierwszej dekady życia. I – tu ciekawostka – wszyscy ludzie kontrolujący pacjentów szpitali psychiatrycznych to istoty o IQ w granicach wartości temperatury pokojowej, bo zdecydowana większość blogowych narkomanów miała nielimitowany dostęp do narkotyków, nawet jeśli sami konsumenci siedzieli zamknięci na cztery spusty w izolatkach. Niesamowite zjawisko, prawda? O uzależnieniach postaci planuję osobny artykuł, więc poprzestańmy na tym.

Do zobaczenia w części drugiej!