Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Leeshka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Leeshka. Pokaż wszystkie posty

sobota, 2 marca 2013

MARVEL - NOW


Od dwóch tysięcy lat nikomu nie dano zbawczej mocy. Niektórzy twierdzą też, że nikt nie dostanie jej za naszych czasów. Nawet będąc wielkim optymistą (a może tym bardziej będąc optymistą) nie można nie przyznać im racji. Należy jednak pamiętać, że moc zbawcza to nie jedyny rodzaj mocy. Mamy też znaną z mitologii moc bogów, mamy moc, która od wieków kryje się w ludziach i pcha gatunek całkiem nieźle rozwiniętych małp do przodu, wreszcie mamy też moc, która jest w ludziach od niedawna. Pozyskana dzięki tajemniczemu genowi oznaczonego literą X - dla Greków czymś świętym, dla matematyków niewiadomą w równaniach - lub wskutek wyjątkowego pecha. Mamy również moc postępu. I każda z nich niekoniecznie służy dobrym, a w każdym razie przyzwoitym, celom. Mało tego, spróbujcie sobie wyobrazić to wszystko w jednym miejscu. 
 Żyjemy w czasach, które znają blisko pięćdziesiąt związków frazeologicznych ze słowem "wolność".  Powoli dobijamy do podobnej liczby związków frazeologicznych ze słowem "równość". Mimo to nadal ochoczo bijemy się o obie te sprawy. Dziwiąc się przy tym, że innym tak trudno zaakceptować ludzi bez wysiłku podnoszących samochody, nagle podrywających się do lotu, ciskających kulami plazmy, zmieniających się w zielone monstra lub łamiący prawa fizyki w inny sposób. Przecież to jest Ameryka! Przyszywana ojczyzna każdego dziwadła, które zgodzi się nigdy nie pochylić Gwieździstego Sztandaru. 
A propos... mamy tutaj też wcielenie Gwieździstego Sztandaru, któremu gdzieś tak połowa mieszkańców Nowego Jorku zawdzięcza życie. I jak tu nie lubić tego, co dobre i amerykańskie, skoro jest dobre i amerykańskie? 
____________________________________________________________________
Nadal nie rozumiem, dlaczego na mnie głosujecie w sondzie. Nie wiem też, na ile liczycie się z moim zdaniem. Ale skoro głosujcie, to chyba powinnam się jakoś odwdzięczyć. Wiecie co, zapiszcie się na najbardziej komiksiarskiego bloga grupowego w historii blogosfery. Gwarantowane ciepłe przyjęcie, długie wątki pełne akcji (od porwania przez kosmitów po kryzys w postaci awarii kserokopiarki), dużo humoru w każdym możliwym rodzaju, pojawiające się opowiadania pisane bez przymusu oraz... cóż, to superbohaterowie. Drogie panie, widziałyście, jak wyglądają marvelowscy superbohaterowie?

niedziela, 10 lutego 2013

Ecce wątek.

Chciałabym uprzedzić moment, w którym pojawiają się wasze oczekiwania i rosną jak drożdże na pożywce. Ten tekst będzie spazmatycznie krótki, pisany na jednym tchu. Pewnie powiecie, że to dla tekstu bardzo niedobrze. I pewnie będziecie mieć rację. Odłóżmy to na bok, przynajmniej na chwilę. 
Tak samo - przynajmniej na chwilę - odłóżmy artykuły, w których ja mówię, jak pisać wątki. Czasami je czytam, sama sobie; czasami przytakuję, bo zdarza mi się napisać tam niegłupią rzecz. Wciąż jednak mam świadomość, że nikogo z was nie nauczę pisania wątku, bo każdy już wierzy, że znalazł kamień filozoficzny i potrafi słowa przemienić w złoto. Ideały mamy wszyscy. Ośmielę się spojrzeć na sprawę od nieco innej strony: wszyscy mamy oczekiwania i złudzenia. Łudzimy się, że piszemy dobrze i oczekujemy, że inni nam przytakną. Jakkolwiek teoria może być równie naciągana co brutalna, tłumaczy dlaczego na grupowcach blogerzy zbijają się w grupki i poruszają stadnie. Nie zamienię tego tekstu w rozprawkę, ale dam jeden argument. 
Zastanawialiście się kiedyś, dlaczego niektóre karty zawierają jedynie kilka zdań, które często zupełnie do siebie nie pasują, może zawierają dużo wulgaryzmów i są okraszone gifem o wątpliwych walorach artystycznych, a mimo to tłum ludzi rzuca się powitać świeżynkę?
Oni się już znają. Najprostsze rozwiązanie jest najlepsze. Brzytwa Ockhama. Skoro to dobrzy znajomi, nie ma dla nich znaczenia, jak będą wyglądały ich karty. Nie ma dla nich też większego znaczenia, jak będzie wyglądał ich wątek. Mają frajdę z samego faktu, że mogą razem pisać. Z jednej strony to dobrze, ale jednocześnie ileś tam osób z bloga traci na takim układzie. 
To by było tyle w kwestii złudzeń. Znajomi nigdy nie będą obiektywni, a reszcie nie chce się mieszać w silne towarzystwo wzajemnej adoracji. Zaufajcie, wiem z autopsji. 
***
Teraz będzie zagadka.
 Ilu macie znajomych? Nie tych fejsbukowych, ale takich, których widujecie przynajmniej raz na dwa tygodnie. 
Na potrzeby eksperymentu myślowego załóżmy, że jest takich osób pięćdziesiąt. Blisko trzydzieści liczy klasa w szkole i z nimi, chcąc nie chcąc, macie do czynienia pięć dni w tygodniu. Pozostałe dwadzieścia to kumple z podwórka, sąsiedzi, ludzie, z którymi chodzicie na zajęcia lepienia garnuszków z gliny... Czasami kółko się kurczy, bo niektóre przypadki razem chodzą do szkoły, mieszkają obok siebie i razem lepią z gliny. Ale to jak z zadaniami z fizyki na poziomie gimnazjum - upraszczamy tak, żeby dało się policzyć ze wzoru. Zresztą mówię o przypadkach nielicznych, które nie mają najmniejszego wpływu na wynik. Zraz się przekonacie. 
Z grupy pięćdziesięciu znajomych X wybierzmy trzy osoby. Mamy więc A, B i C. Jest pięćdziesiąt procent szans, że dwie z tych osób chodzą razem do klasy. Jeśli nie, to mieszkają niedaleko. Przynajmniej o sobie słyszeli, bo wszyscy znają X. Razem z X to już cztery osoby. Im łańcuch dłuższy, tym większe odległości dzielą poszczególne ogniwa. Nawet jeśli C zna X tylko przez garnuszki, to kiedy spotka A, ma już na temat X jakieś zdanie. Można powiedzieć, że są powiązani. 
Blogowy problem polega na tym, że A i C nigdy się nie spotkają. Jeśli się spotkają, to nawet nie przyjdzie im do głowy, że moją wspólnego znajomego. Na pewno nigdy o nim nie wspomną. 
Na blogu grupowym jest dwudziestu paru autorów. Średnio. Każdy ma związek, powiedzmy, z sześcioma osobami. Zazębia się. Autorzy nigdy tego nie wykorzystują. Prawnik nigdy nie skieruje klienta do znajomego lekarza po jakieś zaświadczenie. Tak, mierzi mnie to. 
Przeszkadza mi jeszcze pewne zasadnicze ograniczenie na grupowcach: wszystko sprowadza się do dwóch osób. Teatr grecki w czasach Ajschylosa składał się z dwóch aktorów. Na scenie mógł być chór, ludzie, których dzisiaj nazwalibyśmy statystami, ale aktorów tylko dwóch jednocześnie. Sofokles wprowadził trzeciego aktora. Nadal nie mogli grać scen grupowych, ale i tak coś zaczynało się dziać. Dwie osoby mogą dzielić tajemnicę. Jedna osoba może oszukiwać dwie... Tymczasem na blogach są tylko dwie. Non stop. 
Ludzie narzekają na banalność powiązań, ale ja przestaję się im dziwić. Ilu macie tak dobrych znajomych, żeby jeździć na ryby w dwie osoby? Może troje. Ileż jednak można jeździć na ryby? Mając tych pięćdziesięciu znajomych, jakaś szóstka to osoby, przy których dobrze się czujecie. Z nimi chodzicie do kina. We trzy, cztery osoby. Łapiecie problem? Gdyby nasze postacie mogły się spotykać w szerszym gronie, życie byłoby znacznie ciekawsze. 
Ja wiem, są wątki grupowe. Ale to nie to samo. Z założenia wątek grupowy jest dla wszystkich. Głupio w końcu powiedzieć "To jest wątek dla Julii, Jamesa, Anne i Johna". Wiecie co, dużo bym dała, gdyby mój John miał taki wątek. 
Jak to zorganizować od strony technicznej? 
Uczciwie mówiąc - nie wiem. Rzucam tylko pomysłem. Uważam, że to jest bardzo dobry pomysł, który sprawiałby frajdę również autorom z dłuższym stażem. 
***
Na koniec chciałabym powiedzieć coś o sondzie, o którą szum nam się zrobił na shoutboxie. Jestem zaskoczona, że ludzie na mnie głosują i to właśnie do nich chcę się zwrócić: ludzie, nie głosujcie na mnie. Najlepiej olejcie sondę, rozpracujcie metodę wątku w trzy osoby. Temu, komu się uda, wytnę order z ziemniaka i wypiję za jego zdrowie.

sobota, 2 lutego 2013

LIEBSTER AWARD

ZASADY


Nominacja do Liebster Award jest otrzymywana od innego blogera w ramach uznania za "dobrze wykonaną robotę". Jest przyznawana dla blogów o mniejszej liczbie obserwatorów więc daje możliwość ich rozpowszechnienia. Po odebraniu nagrody, należy odpowiedzieć na 11 pytań otrzymanych od osoby, która Cię nominowała. Następnie Ty nominujesz 11 osób (informujesz ich o tym) oraz zadajesz im 11 pytań. Nie wolno nominować bloga, który Cię nominował.

ODPOWIEDZI NA PYTANIA
Odpowiedzi udzielają: Avril, Leeshka, Mag i Mil.

1. Jak wygląda uranian prazeodymu?
Avril: A co to jest?
Leeshka: To jest jakieś podstępne pytanie. Oni maczali w tym palce. Podchodząc od strony chemicznej: prawdopodobnie jest to sól. Z tym, że nie ma takiej soli. Albo całe życie żyję w kłamstwie, co jest równie prawdopodobne. Ta odpowiedź jest sponsorowana przez Hana Solo, więc skończmy z prawdopodobieństwem. Jeśli kiedykolwiek natkniesz się na słoik z etykietą "uranian prazeodymu" pod żadnym pozorem go nie otwieraj w zamkniętym pomieszczeniu i bez odpowiedniego zabezpieczenia. Zatem otwórz okno, zwiąż włosy i sypnij tym na najbliższego potwora. Koniecznie daj znać, co się stało!
Mag: Z tego co pamiętam, to Uranian jest postacią z Marvela. Co do prazeodymu się nie wypowiem, bo Google podpowiada mi, że to pierwiastek, a że z chemii jestem kiepska, to przemilczę.

2. Skąd pomysł na bloga?
Avril: Pytanie do Mil, ale ja mogę powiedzieć, dlaczego się tu zapisałam. Otóż moim zdaniem to świetna sprawa, bardzo przydatna. Bloguję od paru ładnych lat i zawsze miałam problem ze znalezieniem dobrego bloga, który by mi odpowiadał pod względem tematycznym. I tak sobie pomyślałam, że skoro ktoś - tudzież Mil, chwała jej za to! - założył już taki spis, gdzie mogę znaleźć coś dla siebie, to pewnie potrzebuje pomocy, by przedsięwzięcie nie padło po kilku tygodniach. A kto pomoże, jak nie ja? ;]
Leeshka: Bardzo dobre pytanie! Jest to pytanie wręcz elementarne, nad którego istotą i pięknem możemy rozwodzić się w nieskończoność. Na tyle długo, by wszyscy znudzili się czekaniem na odpowiedź. Ponieważ jednak płacą mi za w miarę składne wypowiadanie się... Bloga założyła Mil. Pewnego dnia po prostu Mil wynurzyła się z morskiej piany, a chóry śpiewały i na niebie świeciły trzy księżyce. Potem Mil powiedziała "Uczyńmy Grupowo". I Mil wiedziała, że to, co robi jest dobre. Bowiem Mil widziała, ile blogów grupowych ma problem z wybiciem się. Wkrótce inni odkryli, że Mil ma rację i postanowili się do Mil przyłączyć. A Mil wiedziała, że przyjmując ich, czyni świat lepszym. Dobra, skłamałam. Wcale mi nie płacą.
Mag: To pytanie całkowicie dla Mil, ale i ja się w tym temacie trochę wypowiem. Grupowo powstało po to, żeby wspierać blogi grupowe, pomagać im w rozwoju, reklamować, z czasem też nauczać dzięki Leeshce i Killuś, oraz ich artykułom. Ja skupiłam się na reklamach, bo wiem jak trudno jest wybić się grupowcom spośród innych blogów o podobnej, tej samej czy innej tematyce. Dla mnie Grupowo jest właśnie po to: żeby pomagać. Skąd pomysł? Dostosuję pytanie do swojej osoby. Pomysł, żeby dołączyć do bloga był prozaiczny. Czerwiec, rozpoczynające się wakacje. Potrzebowałam dla siebie miejsca i wygląda na to, że się całkiem mocno zagościłam.
Mil: Każda z dziewczyn ma rację. Tak, jak mówi Avril - Grupowo zostało stworzone przede wszystkim z myślą o spisie blogów grupowych. Powstało już na Onecie, kiedy wszystko w łatwy sposób można było znaleźć, ale trzeba było poświęcić na to trochę swojego cennego czasu. Grupowo ułatwiło życie wielu autorom, a w tym również mi. Bo każdy wie, że jak wejdzie na naszego bloga, to na pewno znajdzie dla siebie coś interesującego. I w drugą stronę - kiedy doda grupowca do spisu, ktoś prędzej czy później stworzy na nim postać. Prawdę mówi też Leeshka - nie zaprzeczę - faktycznie wyłoniłam się z morskiej piany niczym nie wiem co, bo jakoś nie mogę skojarzyć, co mogłoby się z niej wyłonić. Ale na pewno byłam to ja z pomysłem na bloga, który chwilę potem powstał, rozwinął się i zdobył jakąś tam swoją popularność. Zgadzam się też z Mag - Grupowo jest w dużej mierze po to, aby wspierać grupowce i pomagać w ich rozwoju. Przyznam jednak, że ten pomysł zaświtał w mojej głowie dopiero po reaktywacji Grupowa na Blogspocie. Doszłam do wniosku, że dlaczego by nie posunąć się trochę dalej? Dlaczego by nie zrobić z tego nudnego spisu czegoś więcej? Mam nadzieję, że z czasem strona rozwinie się do tego stopnia, że stanie się niezbędnikiem każdego nowego członka naszej małej, ale kochanej blogowej społeczności. To takie moje małe marzenie. Ale czy się spełni? :)

3. Co było pierwsze, jajko czy kura?
Avril: Podchwytliwe pytanie. Jako, że rzekomo jestem hogwarcką Krukonką, to posłużę się słowami Luny: koło nie ma początku ani końca. Chociaż, jeśli mam być szczera, to obstawiałabym jajko. Jedyne, co pamiętam z biologi(której wciąż się uczę, ale co tam, i tak nic nie umiem), to to, że ptaki i ssaki wywodzą się z gadów. A nielotna kura to dalej ptak. Kury, ptaki i gady wychodzą z jajek(fuj!). Jajko, obstawiam: jajko!
Leeshka: Mam takie zabawne wrażenie, że ktoś tutaj próbuje znaleźć lukę w moim wykształceniu, którego zasadniczo nie posiadam. Ale dobrze, pobawmy się jeszcze w tę grę, to dopiero początek. Pierwsza była kura. Dlaczego? Ponieważ współcześnie znane nam udomowione kury są potomkami dzikiego ptactwa, które grasowało po lasach i napadało na konwoje, żeby rabować dzieła sztuki. Jak już zapewne się domyśliliście - dopiero po jakimś czasie nasi prapradziadkowie i ich kumple Ojcowie Założyciele wraz z Popielem uzyskali drób ostateczny, tudzież drób udomowiony. Stwierdzić to mogli dopiero w momencie, gdy ptaszek biegał im po podwórku. W fazie jajka było na to za wcześnie.
Mag: Mam kury na podwórku, to i odpowiedź od dawna przygotowaną: kura, ponieważ jajko musi zostać ,,wysiedzone". Po wykluciu się kurczak potrzebuje opieki, jak każde ,,nowonarodzone" niemowlę.

4. Ile czasu przeciętnie spędzasz na wszelkich sprawach związanych z blogiem?
Avril: Nie powinnam o tym pisać, bo jeszcze rodzice przeczytają i będzie draka, ale będzie od siedmiu do dwudziestu pięciu godzin tygodniowo. Może i nie jestem na Grupowie codziennie, ale jak już wchodzę, to trochę czasu tu siedzę. No i moje łącze do szybkich nie należy, a w międzyczasie odpisuję na wątki na blogach.
Leeshka: Powtarzając za moim kompanem - jak stanie, to staniem. To tak odnośnie wszystkich blogów. Jeśli zaś chodzi o Grupowo - mniej niż powinnam. Patrząc prawdzie w oczy, to ja w ogóle jestem koszmarną osobą. Kradnę pracę innym, własnej nie robię... I tak mnie kochacie.
Mag: Zdecydowanie za dużo, przez co cierpią na tym nie tylko moje oczy, ale też oceny. Mogę nawet nic nie pisać, nie odzywać się, a i tak wszystko dobrze śledzę, zaś nielimitowany Internet w komórce z biegiem czasu stał się przekleństwem. Można powiedzieć, że na Grupowie jestem od rana, gdy sprawdzam pojawienie się nowych postów lub komentarzy na shoutboxie, do wieczora, kiedy przed zaśnięciem sprawdzam czy może coś własnie mnie nie omija. Wtedy też dopisuję do kajetu nowe blogi do reklamy i staram się coś sklecić. Jak widać, od kilku tygodni bezskutecznie.
Mil: Chciałabym poświęcić temu całe swoje życie, ale niestety - wymaga ono ode mnie jeszcze kontaktowania się ze znajomymi, nauki, jedzenia, spania i innych rzeczy, które szczerze kocham (oprócz nauki i jedzenia) i których nie jestem w stanie... przestać robić. Niemniej, staram się jak najwięcej czasu poświęcać blogowi. :)

5. Czy widziałaś kiedyś gruszki na wierzbie?
Avril: Nie. Ale zapewne to wspaniały widok. Jeśli kiedyś takie zobaczysz, to zrób zdjęcie i mi wyślij :3
Leeshka: Nie. Ale wiele osób już mi je obiecywało, także któregoś dnia będę miała mnóstwo pod oknem.
Mag: Widziałam! Na biologii w trzeciej gimnazjum jedna z koleżanek przygotowywała projekt o krzyżówkach genetycznych i jako jedną z najciekawszych pokazywała właśnie skrzyżowaną gruszę z wierzbą płaczącą. Jednak pierwszą gruszką na wierzbie było moje dostanie się do szkoły baletowej. Obiecywałam rodzicom, oni stukali się palcem w czoło i... Masz babo placek. Zawsze spełniam obietnice.

6. Jak wygląda Twój wymarzony monitor?
Avril: Przez okno. Nie mam pojęcia. Albo mam! Monitor, a raczej ekran, laptopa. Musi mieć matową matrycę i wielkość 15,6 cala.
Leeshka: Tylko jeden?! My darling, to jak dać dziecku polizać lizaka i go zabrać. Sadyzm w najczystszej postaci. Leeshka potrzebuje co najmniej trzech monitorów. Nie licząc monitora laptopa, który jest jak bajpasy. Skoro już fantazjujemy, poproszę bardzo duże monitory, zawieszone na ścianie dość wysoko. W zasadzie mogą być telewizory. Jeden do oglądania świata w Google Maps. Jeden do oglądania Supernatural i kreskówek. Ostatni dla lepszego efektu.
Mag: Przyznam, że nigdy się nad tym nie zastanawiałam i nie wiem, czy mam swój wymarzony. Ten, który lubię najbardziej ze wszystkich jakie miałam, mam właśnie przed sobą. Różowa obudowa monitora jest obklejona naklejkami z cytatami z książek. Ma jedenaście i pół cala. Najwspanialszy skarb.

7. Na co dybie w wielorybie czubek nosa Eskimosa?
Avril: Nie mam pojęcia w jaki sposób Eskimos z czubkiem swojego nosa znaleźli się w wielorybie, ale jeśli mają tam na coś dybać, to na jedzenie, zapewne. Tak na logikę. O ile logiczne jest, że Eskimos znalazł się w wielorybie. Kiedyś w jakimś filmie było, że wieloryb zjadł kobietę. A w środku miał lodówkę. To był głupi film. Zdecydowanie głupi film.
Leeshka: Na wiele rzeczy: klasykę polskiego komiksu, legendy PRL-u, gościa, który wreszcie naprawi kaloryfer, na równouprawnienie, na promocje w osiedlowym. Oraz na moment, gdy rodzice spuszczą z oczu małe dzieci.
Mag: Chce się ogrzać? Przyznam bez bicia: książki nie czytałam, sensownej odpowiedzi nie mam. Resztę przemilczę dla siebie.

8. Czego najbardziej na świecie nie umiesz robić?
Avril: Mam wymieniać? Sprzątać, gotować, prasować, robić prania, tworzyć grafikę komputerową, robić zdjęcia. A najbardziej na świecie to ja nie umiem CZAROWAĆ! Co za głupota, prawda!? Czarownica (wiedźma właściwie), która czarować nie umie. A że nie umiem ani czarować, ani sprzątać, ani gotować, prasować, czy robić pranie, to pewnie nie przeżyję, jak się będę miała usamodzielnić. Trudno, znajdę sobie kogoś, kto będzie to robił za mnie, o, taki właśnie mam plan.
Leeshka: Jestem nieodkrytym jeszcze człowiekiem wszechstronnym. Jeśli mnie zaszantażować, mogę zrobić wszystko, wystarczy zagrozić mi zabraniem internetów. Przy czym notorycznie nie wychodzą mi dwie rzeczy: usuwanie kręgosłupa z ryby i bycie zabawną. Trauma na całe życie.
Mag: Sprzątać, uczyć się niemieckiego i zwlec z łóżka w sobotę przed dwunastą.
Mil: Ukrywać negatywnych emocji.

9. Co stało się w 1025 roku?
Avril: Ja wiem, ja wiem! W 1025 roku był Zjazd Gnieźnieński! I wtedy była chyba też koronacja pierwszego króla Polski! I jakiś układ z Litwą bodaj! Ale pewna nie jestem, bo do kanonu rzeczy, których Avril robić nie umie, należy też dodać uczenie się historii ;]
Leeshka: Wystarczająco dużo, by gnębić tym dzieci już od podstawówki. Nie psujmy sobie dnia.
Mag: Konstantym VIII został cesarzem Bizancjum. Więcej nie wiem. I wcale nie zdaję rozszerzonej matury z historii, żeby móc się popisać wiedzą, która licho wie, gdzie się podziała.

10. Jaki jest Twój ulubiony rodzaj czekolady?
Avril: BIAŁA. Albo ta z Kinder Niespodzianek. Serio. Chcesz podbić serce Avril - kup jej białą czekoladę. Albo Kinder Niespodziankę, czy jakikolwiek inny rodzaj Kinderek. Albo NUTELLĘ! Kto nie lubi Nutelli?! To jest nienaturalne. Tak samo, jak nienaturalne jest to, żeby ktoś nie lubił czekolady ogólnie. Moja babcia jest więc nienaturalna O.o Ale ta kobieta wciąż twierdzi, że homoseksualizm to choroba, którą da się wyleczyć, choć to ani choroba, ani coś, co da się - czy trzeba - leczyć. Ale i tak ją kocham.
Leeshka: Nadziewana. Jeśli mamy być szczegółowi, to najlepsza jest czekolada deserowa z nadzieniem wiśniowym. I broń Boru nie mówię o wytworach typu "Wedel", gdzie w czekoladzie jest jakaś podejrzana biała masa. Dla mnie produkt musi być najwyższej jakości, koniecznie... Żartowałam. Lubię Bąboladę orzechową. Tak, tę tanią dziwaczną masę. Guilty pleasure.
Mag: Każda czekolada jest dobra, jeśli tuczy. Jeśli czekolada ma puste kalorii, smakuje czekoladą, a po zjedzeniu ósmej tabliczki ma się wyrzuty sumienia, to znaczy, że Mag ją lubi.
Mil: Gorzka na wagę z Kauflandu.


11. Jak daleko jest stąd do Ułan Bator?
Avril: Zależy, gdzie leży Tutaj. Bo jeśli Tutaj to moje Tutaj, to jakieś 6 045 km +/- 10 kilometrów.
Leeshka: Dobra, słuchaj uważnie. Wyjdziesz stąd na prawo. Masz? Wtedy pójdziesz na południe przez 10 minut. Zobaczysz faceta w kapeluszu i białych kozakach. Ale nie gadaj z nim. To idiota. Gdy dojdziesz to rozwidlenia na drodze, ujrzysz człowieka, który zawsze mówi prawdę i takiego, który zawsze kłamie. Ewentualnie będą to trzy kobiety w burkach. Dwie z nich chcą cię zabić. Następnie musisz przejść przez Jaskinię Wiecznego Potępienia. Tam będzie Bono z U2, żeby cię powitać. Skręcisz ponownie w prawo na Albuquerque i wtedy dojdziesz do oceanu!
Mag:  Według informacji, jakie podaje mój GPS w telefonie (tak, niektórzy muszą mieć taki wynalazek, żeby nie zgubić się w mieście) to jakieś siedem tysięcy sześćset dwadzieścia trzy kilometry. Ale nie polecam, droga stąd do lodówki jest o wiele przyjemniejsza i ciekawsza, słowo.

NASZE PYTANIA

LEESHKA PYTA:
1. Kto puka do bram Nieba?
2. Dlaczego wszyscy kochamy Harrisona Forda?
3. Jak często wstydzisz się pokazywać to, co napisałeś rok (lub dłużej) wcześniej?
4. Co było w walizce z Pulp Fiction?
5. Gdybyś miał pójść na kolację z jedną dowolną osobą na Ziemi, kogo byś wybrał?
6. Kiedy wreszcie powiesz rodzinie, dlaczego śmiejesz się do monitora?
7. Gdyby langusta mogła jeść dżem, to o jakim smaku?
8. Ile czasu potrzebujesz na załatwienie rzeczy niemożliwej?
9. Którego bohatera fikcyjnego byś adoptował?
10. Którędy biegnie autostrada do piekła?
11. Czy upadające drzewo wydaje jakiś dźwięk, jeśli w pobliżu nie ma nikogo, kto by je usłyszał?

MAG PYTA:
1. Dlaczego powstaje tyle kwejków i demotywatorów o delcie ujemnej?
2. Jaki jest Twój ulubiony i znienawidzony dział matematyki?
3. Krople deszczu pozostawiają na szybach stojącego tramwaju ślady zacieków pod kątem 30° W czasie jazdy tramwaju z szybkością 36 km/h zgodnej z kierunkiem wiatru deszcz pozostawia na szybach pionowe ślady. Jaka jest szybkość wiatru oraz kropel przy bezwietrznej pogodzie?
4. Podaj dwa powody, dla którego nie powinno się zdawać fizyki na maturze.
5. Dlaczego uczniowie profilu matematyczno-fizycznego najbardziej boją się groźby "Zabiorę Ci kalkulator!"?
6. Która kraina stworzona przez Tolkiena uważasz za miejsce swojego pochodzenia?
7. Czym różni się Zmierzch od Pamiętników Wampirów?
8. Jaka jest ostatnia cyfra liczby pi?
9. Skąd wziąć motywację na naukę przed maturą?
10. Jaka jest Twoja ulubiona kobieca postać w dziejach historii?


NOMINACJE

AVRIL NOMINUJE:
1. Prozaicy 
2. Pleasure of english

MAG NOMINUJE:
1. Zaczarowane Szablony
2. Szkolny Klub Złoczyńców

MIL NOMINUJE:
1. Jeminane

wtorek, 29 stycznia 2013

Jak napisać dobry wątek? (2)

 Praktyczny poradnik w kilku odcinkach. 
Odcinek drugi (dwuczęściowy): Buduj akcję jak zamek z lego. 

Część pierwsza: Nuda.
    Technicznie rzecz ujmując, mam ferie od soboty. Matematycznie rzecz ujmując, mam ferie od czterech dni. Pesymistycznie rzecz ujmując, zostało jeszcze tylko dziesięć. Patrząc na sprawę okiem realistki: to jeszcze mnóstwo czasu.
    Moje ferie zawsze są na jedno kopyto. Pierwsze parę dni nie robię nic albo robię rzeczy wybitnie mało produktywne. I jestem absolutnie przeszczęśliwa, marnując sobie kawałek życia. Potem jednak mam tego dość. Zazwyczaj czwartego dnia. Pogoda nie dopisuje, znajomi wyjechali, nawet pies ma dość spacerów, zostaje mi wejść na grupowce i zacząć jakiś wątek. Tym sposobem doszliśmy do sedna.
    Może ja się starzeję, może stałam się zbyt wymagająca, w każdym razie – ciężko mi o dobry wątek. Widzę świetną kartę, ciekawą postać, to z miejsca uderzam do autora/autorki, żeby naprawdę się dobrze bawić. Jakieś trzy komentarze później walę głową w biurko w rytm myśli „Cholera, jakie to nudne!”.
    Mam tendencję do tworzenia postaci, które składają się ze starych rockowych piosenek i filmów akcji. W różnych proporcjach. Wyobraźcie sobie, niech będzie dzisiaj bardziej amerykańsko, Johna. John ma lat trzydzieści trzy, tę samą kurtkę od paru lat, bliznę na kości jarzmowej i wielokrotnie złamany nos, jak u zawodowego boksera. Jeśli chodzi o zainteresowania, John lubi rozmawiać z barmankami, które nalewają mu ciemne piwo, lubi grać w brydża, jeździ na wszystkie zjazdy motocyklistów i wdaje się w bójki. Raczej nie ma wielu zahamowań, trochę brakuje mu rozsądku. Za to jest zawsze wesoły i widział wszystkie filmy z Willisem. To jest John. Mając już swojego Johna, dogaduję się z autorką Anne i będziemy pisały wątek. Autorka Anne bardzo nie chce zaczynać, więc rzuca „niech spotkają się w kwiaciarni, gdzie pracuje Anne”. Pół godziny zastanawiam się, co może John robić w kwiaciarni, wreszcie wysyłam go po roślinkę doniczkową, którą zamówiła jego siostra. John na roślinach nie zna się zupełnie, więc nawet nie potrafi sformułować powodu, dla którego tu jest. Anne w lot pojmuje, o co mu chodzi. Tyle akcji w wątku. Reszta to po prostu długi wywód o tym, że Anne jest artystką i ma ręce uwalane farbą.
    Można zwariować, nie?
    Brakuje akcji. Nie ma jej nawet w ilościach śladowych. Po prostu nic się nie dzieje. Może dlatego ludzie są tak zachwyceni, gdy piszą wątki o romansie między postaciami. Wtedy mogą sobie dużo pisać o uczuciach. Przyznam, że w takiej sytuacji to ma znacznie więcej sensu niż wywód o wartości sztuki przy okazji oglądania wzorku na doniczce.
    Nie mogę się nie zgodzić z faktem, że zwykle, jak idziesz do kwiaciarni i prosisz o coś, to to dostajesz. Ale na blogach grupowych to się nie zdarza. Krzywdźcie swoje postacie, kochani. Gdyby autorka Anne potraktowała mnie i Johna z odrobiną dobrej woli, wątek byłby znacznie ciekawszy. Kwiatka dla siostry Johna mogło nie być. Tutaj przyszłaby moja kolej na podtrzymanie akcji. Johnowi zależy na tym kwiatku i oferuje Anne, że za pomoc w zdobyciu roślinki obsypie ją złotem, a przynajmniej postawi kolację.
    To była sytuacja zaliczająca się do zwykłych. Jasne, normalnie szanse wydarzenia się czegoś takiego wynoszą może jeden do dwustu, ale to blogi, tutaj musi się coś dziać. Jeśli kogoś to mierzi i chciałby dla swojej postaci normalnego życia, może patrzeć na sprawę w ten sposób: w serialu nie pokazują nam życia bohaterów dzień po dniu, nawet w filmach te dwie godziny projekcji przedstawiają wydarzenia dziejące się na przestrzeni dni, tygodni, czasami lat. W wątkach jest podobnie, John ma normalne życie, które zaczyna się budzikiem o siódmej trzydzieści, kończy zgaszeniem światła trochę po północy. Zatem kolacja z Anne byłaby dla niego miłą odmianą. Nawet jeśli przypadkiem zamieniliby się zegarkami, przez co pół następnego dnia John spędzi na szukaniu numeru Anne.
Wracając do meritum, coś takiego może wydarzyć się na blogu o dowolnym mieście. Ale są też blogi w ten czy inny sposób „umagicznione”. Zawsze mi się wydawało, że po to mamy możliwość wcielenia się w elfa, żeby wątki były jeszcze ciekawsze. Niekoniecznie po to, żeby romans wyglądał tak samo jak w przypadku miasta plus długie uszy i magiczne świetliki w tle. Może to was już nudzi, ale znów zarzucę przykładem z Marvela.
    Mój złodziej i jego przyjaciółka uciekają przed ludźmi polującymi na mutantów. Skaczą przez parę ogrodzeń, udają uczestników katolickiego przyjęcia, przemykają piwnicami... A ja i autorka uroczej młodej mutantki świetnie się bawimy, stawiając na ich drodze kolejne przeszkody. To jest wątek pełny akcji, cały czas coś się dzieje. Nie zaś, jak w przypadku Johna i Anne, ona myśli o farbie, on życzy sobie w duchu uwolnić się od niej (dobra, ja tego sobie życzę).
    Inne przykłady ciekawych wątków, które mi się zdarzyły: dziewczyna ze sklepu muzycznego pomaga profesjonalnemu łowcy zabić parę wampirów, dwójka mutantów uwięzionych w holograficznym Nowym Jorku sterowanym przez komputer, który ześwirował, agenci badający opuszczoną bazę gdzieś w Ameryce Południowej, bohaterowie, którzy obudzili się w jakiejś piwnicy i próbują zrozumieć, co się stało, podszywający się pod biznesmena mutant usiłuje przekonać szefową olbrzymiej firmy, że jeden z jej głównych udziałowców do oszust... 

Część druga: Anatomia Akcji.
    Mam nadzieję, że udało mi się was przekonać co do tego, jak istotna jest akcja. W drugiej części artykułu dowiecie się, co następuje, jak tę akcję przedstawić w wątku. Przypomnijcie sobie wszystkie rzeczy, o których była mowa poprzednio, włączcie dobrą muzykę, ewentualnie spacyfikujcie młodsze rodzeństwo, bo właśnie sprzedaję za darmo cenną wiedzę.

    Krok pierwszy: EKSPOZYCJA.
    Przedstawiacie sytuację, mówiąc po ludzku. To ważny moment i nie możecie nic przeoczyć. Jeśli już teraz nie zadbacie o to, by w kącie muzeum stał wypchany łoś, to ciężko będzie uwiarygodnić tego łosia w toku rozwoju wątku. Spokojnie pomyślcie o wszystkim, czego może wasz bohater potrzebować. Już na samym początku uwzględnijcie wypchanego łosia, ale niekoniecznie zapałki w kieszeni bohatera. Nie wszystko trzeba od początku ujawniać, ale tym na początku nie musicie się przejmować, przyjdzie zupełnie samo. Pamiętajcie o strzelbie Czechowa. To zasada, która mówi „Jeśli w pierwszym akcie nad komikiem wisi strzelba, to w trzecim musi wystrzelić” i działa w obie strony. Strzelba nie wystrzeli, jeśli jej tam nie było. Kojarzycie zagadkę o morderstwie w okrągłym domu? Zaczyna się właśnie słowami „W okrągłym domu...” – to nasza strzelba Czechowa, element istotny dla dalszych wydarzeń.

    Krok drugi: ZAWIĄZANIE AKCJI.
    Wiemy już, jak przedstawia się sytuacja na moment przed katastrofą. Nie mówię tutaj o żadnym trzęsieniu ziemi, ale o czymś, co zmusi bohaterów do podjęcia jakichś działań. Na przykład brak kwiatka z wątku Johna, a także odkrycie pomyłki z zegarkami w dalszej części. Zawiązanie akcji może nastąpić tylko jeden raz, ale możemy wprowadzić więcej problemów. Andy ma po południu spotkanie w sprawie pracy, nie może się spóźnić, jednak dzwoni jego narzeczona i prosi o odebranie jej rodziców z lotniska, w drodze na lotnisko ktoś kradnie Andy'emu dokumenty... Trzy problemy, z którymi bohater musi sobie poradzić. Wracając do przykładu zagadki o okrągłym domu „... zamordowano właściciela” – to nasze zawiązanie akcji.

    Krok trzeci: ROZWINIĘCIE.
    John prosi Anne o pomoc, Andy dzwoni na policję w sprawie zaginionych dokumentów, ale jedzie dalej na lotnisko – coś się dzieje. Rozwinięcie zawsze sprawiało mi najwięcej frajdy, ponieważ to jest ten moment, w którym można dać upust wyobraźni i pobawić się bohaterami. Tylko, na litość, pamiętajcie o tym, co napisaliście w karcie. Jeśli dziewczyna ze sklepu muzycznego nigdy nie miała do czynienia z łowcą w akcji, będzie przerażona. Jeśli Anne jest samotną kobietą, przed kolacją z Johnem kupi nowy tusz do rzęs.
    „Jeszcze tego samego dnia detektyw przesłuchał trzy osoby, które przebywały w domu w czasie, gdy popełniono morderstwo.
    – Co pani robiła, gdy zabito właściciela? – zapytał kucharkę.
    – Kroiłam mięso na obiad, a wtedy usłyszałam krzyk i pobiegłam sprawdzić, co się stało. Tak się spieszyłam, że rzuciłam nóż na podłogę.
    – Co pan robił, gdy zabito właściciela? – zapytał ogrodnika.
    – Przycinałem żywopłot. Kiedy usłyszałem strzał, pobiegłem sprawdzić, co się stało. Tak się spieszyłem, że rzuciłem sekator na grządkę tulipanów.”

    Krok czwarty: PUNKT KULMINACYJNY.
    Czyli coś, co sprawia, że wszystko inne staje się jasne. W filmach jest to na przykład znalezienie listu od kochanki. Albo odkrycie, że z konta zaginionego pobrano wczoraj dwa tysiące dolarów. Dwójka agentów odnajduje sposób na skontaktowanie się z bazą operacyjną. Szefowa wielkiej firmy postanawia sprawdzić domniemanego „oszusta”. John zanosi kwiatka siostrze, ale okazuje się, że to nie ten. Sfiksowany komputer wypuszcza na mutantów maszynę do zabijania. Uciekinierzy znajdują zejście do kanałów. Moment, na który wszyscy długo czekali, może niektórzy nie potrafili przez to usiedzieć w miejscu.
    „ – Co pani robiła, gdy zabito właściciela? – zapytał sprzątaczki.
    – Zamiatałam gabinet, wtedy usłyszałam krzyk, więc rzuciłam miotłę w kąt i pobiegłam sprawdzić, co się stało.”

    Krok piąty: ROZWIĄZANIE AKCJI.
    Grand final. Rozstrzygnięcie wszystkich wątków. Jak w texas holdem pokazujemy karty. W odróżnieniu jednak od pokera, tutaj możesz zadecydować, co znajdzie się w twoim ręku. Jeśli dobrze pokierowałeś akcją – masz pokera królewskiego i rozbijasz bank.
    „ – Już mamy winnego – powiedział detektyw zrozpaczonej wdowie. – To sprzątaczka.”
    Skąd wiedział? Bo dostarczyliśmy mu ważnej informacji: dom był okrągły. W okrągłych domach nie ma kątów, zatem sprzątaczka skłamała.
    Inne przykłady rozwiązania akcji: Andy odzyskuje dokumenty i nie spóźnia się na spotkanie, ale zostawia rodziców jego narzeczonej w kawiarni, gdzie czekają kilka godzin. Bohaterowie Fight Clubu to jedna osoba. Czytelnik domyślał się tego od pewnego czasu, ale my wodziliśmy go za nos aż do teraz, kiedy wszystko zostało powiedziane jasno.

    Krok szósty: POAKCJA.
    John je kolację w towarzystwie Anne. To miłe zakończenie wątku. Po bieganinie przy szukaniu roślinki zarówno bohaterowie, jak i autorzy mogą wrzucić na luz, pokazać bohaterów od nieco innej strony. John trochę żartuje, Anne śmieje się nawet z tego, co nie jest śmieszne. Przerażona dziewczyna z muzycznego proponuje łowcy nocleg jako część zadośćuczynienia za to, że uratował jej życie. Taki mały, przyjemy epilog. Trwa dość krótko, bo na dłuższą metę znudziłoby się autorom pisanie o tym, jak cudowną konsystencję mają pyzy, które zamówił John. Chwila wytchnienia, krótki odpoczynek przed kolejną akcją.

    Krok „i pół”: ZWROT AKCJI.

    Element, który możecie wielokrotnie wciskać w rozwinięcie, możecie nawet zrobić z niego fałszywy punkt kulminacyjny. Wprowadzenie zwrotu akcji łamie schemat, który pokazałam u góry. Jest to jednak tylko szkielet akcji i macie pełne prawo na nim manipulować. Nikt nie powiedział, że do wątku może dojść dopiero podczas rozwinięcia. Powiedzmy, że bohater jest federalnym, a drugi prawnikiem, który niespodziewanie znajduje się w centrum śledztwa i pomaga je prowadzić. To też ciekawe. Sam zwrot akcji ujęłabym w ten sposób „ puff! i wszystko jest na odwrót”. Federalny podejrzewał o morderstwo długonogą szatynkę, córkę denata – ona ginie w wypadku samochodowym. Łowca myślał, że zabicie wampirów wystarczy – tam jeszcze był demon. John poszedł po kwiatek – kwiatka nie było.

Dorzucę jeszcze od siebie istotną rzecz: jeśli akcja w naszym wątku cechuje się dużą dynamiką, dajcie sobie spokój z długimi zdaniami i wydumanymi porównaniami. To trudniejsze niż może się wydawać. Najlepsze są zdania pojedyncze, które nadadzą rytm. Jeśli patrzycie na to, co napisaliście i jedno słowo wydaje się burzyć harmonię – wywalcie je. Momenty wielkiego napięcia piszcie nieskomplikowanym językiem. Wtedy możecie poświęcić dłuższy opis na lot pocisku. Jeśli bohater szuka opatrunków, bo jego przyjaciel niedługo się wykrwawi – wykorzystajcie to, pokażcie chaos w jego głowie, kiedy przepatruje kolejne szafki.

sobota, 5 stycznia 2013

HIGHWAY TO BLOODY HELL


LIST GOŃCZY: 
Dean i Sam Winchester. Poszukiwani żywi, martwi lub nieumarli. 


OGŁOSZENIA DROBNE: 
 * Tanio sprzedam legendarnego Colta z magazynkiem. Kiedyś można było zabić z niego wszystko, dziś świetnie prezentuje się na ścianie. Zniżki dla łowców!
 * Wynajmę chatkę w środku lasu. Idealne schronienie przed demonami. Na ścianach wyryty klucz Salomona, w kuchni dwa worki z solą i kolekcja mosiężnych noży. 
* Odczulanie na czosnek i krew umarlaka. Tanio!
* Magia dla opornych - nauczanie metodą alternatywną. Sprawdź już teraz. Nie ponosimy odpowiedzialności za sprzedane dusze. 

WIEŻA BABEL LUB RADIOSZUM 
Sytuacja, krótko mówiąc, beznadziejna. Zły księżyc wschodzi. Do domu na tyle daleko, by dawno już zapomnieć, którędy tam się szło. Panie, urodziłem się włóczęgą i nie mam swojego miejsca. Z kolei droga przed nami prowadzi prawdopodobnie donikąd. I nikt nie może nic już zrobić.  Droga przez Góry Skaliste. I przez każde inne góry też. Stary, my jesteśmy wszędzie. Tu jest klucz do autostrady, teraz wiesz, jak nią jechać. Prosto w dół, piekło czeka, Lucyfer osobiście zagrzał pod kotłem i wypatruje, czy nie nadjeżdżasz. Frank Sinatra powiedział kiedyś, że ma cały świat na jednej strunie. Jednakże umarł i struna się rozstroiła. Każdy udaje tutaj wariata, a trucizna jest wszędzie na tym podłym świecie. Nawet whiskey zatruta. Ktoś puka do bram Nieba. Na horyzoncie ogień nieznanego pochodzenia. Pośpieszmy się, bo to może być nasze siedem minut w raju. Czas nadszedł właśnie teraz, jakkolwiek jest to zły czas. Mam więcej długów, niż mógłbym spłacić, więc po co płacić którykolwiek? Hej, człowieku, niezły strzał. Czy to prawda, że zabiłeś swoją matkę pistoletem? Kochanie, mam wrażenie, że spadamy. Rób tak dalej, mój niesforny synu. 

OGŁOSZENIA MATRYMONIALNE: 
* Nieśmiertelny pan pozna śmiertelną panią, niezbyt przywiązaną do dóbr doczesnych. 
* Krwiopijca spotka krwiodawcę, znajomość bez większych zobowiązań. 
* Poszukuje mężczyzny, który lubi psy i nie nosi srebrnej biżuterii. 

JEDNA RADA
Nie oglądaj się za siebie.


Biały królik?! Co tu do cholery robi biały królik?! Czy on sobie myśli, że nie mamy innych problemów? No nic i tak zawsze trzymam spluwę nabitą solą. 


SEATTLE GRACE HOSPITAL


Po ekranie kardiogramu sunęła prosta linia. Trzy minuty.
Widziałeś kiedyś, jak wygląda walka o ludzkie życie? 
Pierwszy wstrząs. Ładunek elektryczny przebiega po ciele pacjenta. 
Widziałeś tych, którzy dosłownie wyrywają innych  rąk śmierci? 
Drugi wstrząs. Wciąż prosta linia.  A jeśli... Kto powiadomi rodzinę...? 
Na tyle aroganccy, by sądzić, że nie ma życia, którego nie dałoby się uratować. 
Trzeci wstrząs. Pojawiła się krzywa. Wrócił puls. Mamy go. To jeszcze nie koniec.

Piętro niżej, inne skrzydło, inni ludzie. W roli głównej obsadzono młodą kobietę o jasnych włosach opadających na twarz. Tym razem nie ma paniki, chociaż kobieta co jakiś czas krzyczy, mimo uspokajających słów położnej. Wkrótce potem powietrze rozbrzmiewa płaczem noworodka. Nowe życie. Jednak... To nie jest początek. 

Nie ma chwili, by w szpitalu było pusto. Korytarzem zawsze ktoś przechodzi. Zawsze jest coś jeszcze do zrobienia; dwadzieścia cztery godziny na dobę. Nie ma mowy o nerwówce. Lekarz musi mieć anielską cierpliwość, kobiecą delikatność i żelazne nerwy. Specjaliści opanowali te trzy rzeczy do perfekcji, rezydentom niewiele brakuje, a ci świeżo ze studiów za moment przekonają się, że muszą to opanować. 
Za reprezentacyjną fasadą szpitala kryje się znacznie więcej niż tylko aparatura medyczna i aparatura w fartuchach. Lekarze to wciąż ludzie, czujący nie mniej niż ich pacjenci. Historia trwa i trwa teraz. 
Stań się jej częścią. 


niedziela, 30 grudnia 2012

Bonus noworoczny.

Witam wszystkich w ostatnich dniach roku dwa tysiące dwunastego. Mam chyba zdolności jasnowidza, bo zgodnie z moimi przewidywaniami - świat się jednak nie skończył. Aczkolwiek wygląda na to, że Grupowo powoli nam się kończy. Tego zaś wszyscy nie chcemy, no nie? 
Dlatego ja, Leeshka, której serducho w okresie świąteczno-noworocznym jest miękkie jak budyń, mam dla Was, blogerzy paczkę prezentów. A jak coś z tych prezentów załapie, to może będą pojawiały się częściej. Od artykułów robimy chwilę przerwy, dla zbudowania napięcia. Nie przedłużając już wstępu, jestem w stanie zrobić dla Was rzeczy następujące: 
1) Napisać recenzje dwóch blogów. Bez oceny i całych tych punktów. Napiszę tylko, czy blog jest niezły. A jeśli jest niezły, to go z czystym sercem polecę. Pamiętajcie, że mam miękkie serducho jeszcze jakieś trzy dni. 
2) Zebrać po necie trochę złych fanfików w realiach, w których pojawiają się i blogi grupowe. To się razem pośmiejemy. 
3) Ocenić komuś kartę postaci. Ale to nie będzie ani miłe, ani przyjemne, ani bezbolesne. Żeby nie było, że nie uprzedzałam. 
Tyle. Proszę się zgłaszać, zgłaszać. Bez zgłoszeń nie odsłużę tego, com winna Mil.

Post scriptum: Pamiętacie bloga o Supernatural? Chciałabym wypowiedzieć się w tej sprawie. To będzie dość krótko: eeeej, nie zapominajcie o nim, bo byłoby szkoda; wracajcie tam i zróbcie administracji niespodziankę. Highway to bloody hell. 
I nie, za to też mi nie zapłacili. 

piątek, 21 grudnia 2012

Jak napisać dobry wątek? (1)

Praktyczny poradnik w kilku odcinkach.
Odcinek pierwszy: Dziesięć rzeczy, o których nie możesz zapomnieć.


Witam po raz kolejny. Z drobnym opóźnieniem, bo ogrom materiału przerósł moje oczekiwania. Jeśli możecie czytać te słowa (a jestem przekonana, że czytacie), to znaczy, że świat się jeszcze nie skończył. Koniec świata w ogóle nie jest nam potrzebny, jeśli ktoś miałby pytać mnie o zdanie. Jest w końcu jeszcze tyle książek do przeczytania, filmów do obejrzenia (idziecie na Hobbita?), spotkań z przyjaciółmi do odbycia, sesji rpg do rozegrania i, co najważniejsze, wątków do napisania. Także jeśli to czytacie (a wciąż jestem przekonana, że czytacie), trafiła Wam się okazja podyskutowania o tym, co musi zawierać wątek idealny.
    
Zasadnicza część zabawy na blogach grupowych zawiera się w wątkach. To sprawia największą frajdę – napisanie kawałka tekstu i czekanie na to, jak zareaguje druga postać. Bez bicia przyznaję, że ja to kocham. Podobne deklaracje widnieją pod większością kart postaci. Bardzo często z dopiskiem, że autorzy kochają tylko dobre, sensowne i najlepiej długie wątki. Jakiś czas temu pojawiło się uściślenie, że mimo upodobania do długości wątków, to jednak serdecznie dziękują za elaboraty na stronę A4. Takie zastrzeżenia nie biorą się znikąd. Znikąd nie bierze się też tendencja, że na trzydziestoosobowym blogu (w czasach, gdy takie prężnie funkcjonowały) A pisała tylko z X i Y, Y pisał jeszcze z B, C próbowała z każdym. Wszystko sprowadza się do tych wątków. Tych wspaniałych lub nieszczęsnych, zależnie od punktu widzenia. W wątkach rozwijają się postacie (a przynajmniej powinny), w wątkach tworzą się powiązania, nierzadko naprawdę pokręcone, ale i cudowne zarazem historie. Tak powinno być. Jest... bardzo różnie. Lepiej niż w momencie, kiedy zaczynałam (wtedy roiło się od autorów, których wątek zawierał się w jednym zdaniu), ale nieco gorzej niż było nie tak dawno, pod koniec życia grupowców na Onecie. Tyle tytułem wstępu właściwego. I od razu ostrzegam, że ten artykuł będzie:
a) mało zabawny – osobiście jestem trochę zdołowana jakością niektórych wątków; wiem, że świata nie zbawię, ale niech to nawet nie sprawia pozorów żartu
b) mało obiektywny – w ogóle nie wierzę w obiektywne poradniki czegokolwiek, co wymaga choć krztyny artyzmu; w poradniku to obiektywnie napiszą, jak jeździć na rowerze, ale nie, jak namalować piękny obraz, skomponować utwór czy napisać dobry wątek.

Z racji wprowadzenia, dzisiaj przystąpimy do rozebrania wątku na czynniki pierwsze. Mam nadzieję, że nikogo podczas czytania artykułu nie trafi szlag. Trochę mi wstyd, że będzie wyłącznie o tym, o czym większość już od dawna wie. W ramach kary mogę coś wszystkim niezadowolonym napisać. Bonusowy odcinek o tym, jak bzdurne wątki pisze Leeshka i dlaczego nie chcecie mieć powiązań z moimi postaciami. Lub inny bajer w tym kontekście. Wiecie, co jest fajne w pisaniu artykułów? Mogę zadać Wam pytanie i założyć, że się zgodziliście, a potem radośnie przejść do dalszej części programu. Co też bez wahania czynię.
   
 PO PIERWSZE: traktuj, autorze, wątek poważnie.
Bez tego nigdzie nie zajdziemy. Nie mam zamiaru tutaj przyczepić się do czyjegokolwiek stylu (jeszcze nie teraz) ani treści wątku. Istotny jest sam fakt podejścia do wątku od strony technicznej. Nikogo nie zmuszam, żeby tworzył istne perełki polskiej literatury, jednak należy pisać warsztatowo dobrze. W niezrozumiały dla mnie sposób utarło się przekonanie, że piątka z polskiego  w żaden sposób nie podnosi jakości pisania nie-wypracowań. Zakłamane to jak diabli. Piątka z polskiego nie sprawi, że będziesz Sapkowskim blogów grupowych, ale automatycznie podniesie cię  wyżej od tych osób, które mimo przynajmniej sześciu lat spędzonych w szkole nadal mają problemy z stawianiem przecinka przez „że”. Druga sprawa ważna w tej materii: niektórym się po prostu nie chce. W czasach onetowskich, kiedy pisanie opowiadań na niektórych blogach było stawiane przez autorów za punkt honoru, nierzadko wątki były do kitu. Świetne opowiadania, po których myślałam „koniecznie chcę wątek!”, a potem walczyłam sama ze sobą, żeby im odpisać. Teraz części autorów najzwyczajniej w świecie się nie chce. Mnie czasem też. Ale ja wolę poczekać z odpisaniem dwa dni niż poczęstować kogoś kawałkiem tekstu pisanego na „odwal się”.

 PO DRUGIE: świat przedstawiony.
Dobra, to już kompletny banał. Ale istotny jak diabli. Wątek musi mieć miejsce i czas. Tutaj często pojawia się problem, gdzie mogą się dwie postacie spotkać. Nie lubię, kiedy ktoś mnie pyta, czy mam pomysł na umiejscowienie wątku. Prawdziwego kociokwiku dostaję (i nie tylko ja) przy pytaniach „A może w knajpie?”. Serio, knajpa brzmi jak prawdziwy horror. Wbrew temu, że jest klimatyczna, pełna interesujących rzeczy (a teraz pytanie do publiczności: kto prowadził kiedyś naprawdę interesujący wątek w knajpie, w którym ciekawa była nie tylko rozmowa między postaciami), to wieje śmiertelną nudą. W tej serii artykułów oprócz przykładów z wątków prowadzonych przeze mnie postaci, pojawi się również kilku bohaterów wymyślonych tylko na potrzeby tekstu. Pierwsza dwójka z nich to Anna i Michał. Oboje mają w życiu przerąbane, bo są bohaterami bloga grupowego. W dodatku trafił się im wątek w knajpie! Weszli, usiedli, zamówili, rozmawiają o życiu i śmierci... I nic. Niezależnie od długości odpowiedzi, jakie przesyłają sobie autorzy, tam nie dzieje się dokładnie NIC.
Jedyne, co może usprawiedliwić wątek w knajpie: postacie nie znają się, ale mają interes do ubicia. Było to ponad rok temu, kiedy na najbardziej komiksowym grupowcu pojawił się bóg kłamstwa. Dogadałam się z autorem, że będzie fajnie, jeśli bóg będzie za wszelką cenę starał się pozyskać mojego złodzieja na własny użytek. Do spotkania doszło w knajpie (inna sprawa, że szybko stamtąd wyszli) i coś się między postaciami działo. To jest fajne.
Po drugie: trzymajcie się realiów. Nie pisałam o tym przy okazji „tworzenia” karty postaci, jednak niedawno Mag zwróciła mi uwagę na niektórych uczniów Hogwartu, którzy nijak się mają do tego, co było w książkach Rowling. Wtedy przestałam sądzić, że wierność realiom jest tak oczywista. Każdemu się zdarzają jakieś faile. Ale są błędy i błędziory. Co innego umieścić na Piątej Alei sklepu, którego nie ma (serio, ktoś będzie to sprawdzał?), uznać, że w ofercie Starbucksa jest shake jagodowy, a co innego szukać zasięgu w Hogwarcie!

PO TRZECIE:  bohaterowie.
Ale sypiemy banałami... No ale trzeba, bo tutaj też wszystko nie jest tak do końca jasne. Wyobraźmy sobie, że Anna i Michał idą przez park. Tak „teraz”. Jest grudzień, święta u płota, niech będzie spore miasto, dajmy na to nasza stolica. Nasi bohaterowie nigdzie się nie śpieszą, rozmawiają. Jak to wygląda w większości wątków? Ano, po prostu idą i idą aż nie skończy im się ścieżka. Często zapominamy o tym, że w tle powinni się przewijać jacyś ludzie. W końcu do świąt raptem dwa dni, więc na pewno Anna widzi, jak dwóch bliźniaczo podobnych chłopaków niesie choinkę. Michał mógłby zatrzymać się na chwilę, żeby przepuścić kobietę, która w butach na dziesięciocentymetrowej szpilce biegnie do samochodu. To nie wszystko. Ktoś może próbować sprzedać Michałowi ręcznie robione aniołki. Albo jakieś dzieci obrzucą Annę śniegiem. Pójdźmy dalej: Michał już ma zamiar zaprosić Annę do siebie na sylwestra, ale oto zauważa w śniegu... portfel. Wniosek jest prosty: oprócz postaci autorów muszą być jeszcze bohaterowie drugoplanowi. Dajcie się popisać nawet kelnerce w barze, ona też ma coś ciekawego do powiedzenia.
Przy tym punkcie powiemy jeszcze o powiązaniach, bardzo krótko i rzeczowo. Zanim komuś zaproponujesz: bycie partnerem swojej postaci/ byłym partnerem, bo coś im nie wyszło/ najlepszym przyjacielem/ koleżanką z klasy, zastanów się osiemnaście razy! (ten wątek będzie kiedyś rozwinięty)

PO CZWARTE: opis.
Zaskakujące, jak ciężkie do napisania może być coś, czego uczymy się już od wczesnej podstawówki. Najzabawniejsze jest to, że akurat ta część słabiej wychodzi autorom ze „stażem”. W Świeżaki jeszcze się przykładają, dbają o szczegóły. A stara gwardia już niekoniecznie. Dlatego w celach edukacyjnych zamieszczę małe powtórzenie na temat opisów. Przydatny tym bardziej, że opis to fundament wątku.
a) Opis przedmiotu; (wprowadzenie) Anna wzięła z najbliższej półki małą szkatułkę. (cechy przedmiotu!) Wykonano ją z inkustrowanego złotem dębu. Na wieczku z zadziwiającą precyzją wyryto ozdobne inicjały R.N. W umyśle dziewczyny zaskoczyła odpowiednia zapadka i skojarzyła te piękne roślinne motywy z secesją. Teorię potwierdzała ptasia sylwetka na przedniej ściance. (pamiętajcie, że człowiek ma więcej zmysłów niż tylko wzrok) Opuszkami palców wyczuła lekko starte brzegi wieczka, jakby ktoś pocierał je przez długie godziny. Gdy zaś pociągnęła nosem, rozpoznała zapach lawendy. Takiej, jak w woreczkach, które babcia zawsze chowała w szafie. (ocena, bo w końcu każdy ma jakieś własne zdanie) Mimo wszystko uznała trzymanie czegoś takiego w domu za przejaw tkliwości, a ostatnie, czego potrzebowała to siatkarz-beksa.
Ważne: opis może być ogólny lub szczegółowy i zalecam równowagę. Nie ma sensu opisywać dokładnie butów postaci, natomiast istotne dla fabuły przedmioty zasługują na więcej uwagi.
b) Opis wnętrza: zachowanie tych samych elementów. Opis może być szczegółowy lub ogólny. Zatem: kaplica, do której wszedł Michał miała wymiary mniej więcej pięć metrów na cztery, wybudowana w stylu romańskim, co sygnalizowało sklepienie krzyżowe oraz wysokie okna przyozdobione witrażami przedstawiającymi sceny z żywotu świętego Aleksego, etc... Lub: wszedł do sporej kaplicy, której okna ozdabiały kolorowe witraże.
c) Opis elementów natury: przypominamy, człowiek ma pięć zmysłów. Zatem leżąc na szorstkiej trawie, Michał widział nad sobą koronę rozłożystego buku, spomiędzy gałęzi prześwitywało bezchmurne niebo. W nos wwiercał się zapach kwitnących ziół, gdzieś w oddali brzęczały owady. Sielankowego obrazka dopełniało jabłko, którego słodki sok kapał Michałowi na brodę.
d) Opis postaci; (kto?jaki?)Bartek przerósł Annę o dobre dwie głowy, miał sylwetkę sportowca. Gorzko pożałowała wszystkich docinków, jakimi częstowała go w gimnazjum. Gdyby teraz powiedział jej to samo, co wtedy, piszczałaby ze szczęścia. Czy wcześniej też miał tak niebieskie oczy?  I tak ciemne włosy?
e) Opis przeżyć wewnętrznych; (prawidłowe nazwanie uczuć) Był tak zdenerwowany, że (opis zachowania) bezwiednie zaciskał palce na brzegu stołu. Wpatrywał się w drzwi na tyle długo, by zamazał mu się obraz przed oczami, (opis myśli) cały czas zastanawiając się, co będzie, jeśli jednak nie miał racji.
f) Opis sytuacji; (co?gdzie?kiedy?) Jak co rano, Anna wyszła do sklepu po świeże pieczywo. Ku jej irytacji kolejka do piekarni ciągnęła się już od sklepu zoologicznego, co oznaczało blisko kwadrans stania w kolejce. Na domiar złego trzy Koreanki albo inne Japonki próbowały wyjaśnić ekspedientce, którą chcą bułkę. (przedstawienie zespołu okoliczności bliskie opowiadaniu)
Opis obrazu sobie darujemy, bo to już przypadek ekstremalny. A jak żyję, jeszcze nie miałam wątku w galerii sztuki.
WAŻNE: opis może być artystyczny lub realistyczny i od autora zależy, z której opcji skorzysta, radziłabym jednak porzucić niektóre piękne sformułowania na rzecz klarowności tekstu. Kluczem dobrego opisu są szczegóły. Możemy powiedzieć, że Michał miał zwierzątko domowe. Więcej jednak zdradzimy mówiąc, że miał w akwarium trzy rybki. A już najlepiej zrobimy, jeśli powiemy tak: Michał miał w domu dwa bojowniki japońskie i glonojada. Pozostaje nam tylko mieć nadzieję, że drugi autor wie, jak wygląda bojownik japoński albo przynajmniej pokusi się o wygooglowanie tego.

PO PIĄTE: dialog.
Na dialogu opiera się interakcja postaci. Dialog daje nam okazję do wykazania się dowcipem. Dialog jest naprawdę zbawienną rzeczą. Z dialogiem też niektórzy mają problem. Dlatego o tym powstanie caluśki oddzielny artykuł. Rada na teraz brzmi tak: weź do ręki książkę, popatrz, jak tam wygląda dialog i postaraj się robić tak samo. To działa.

PO SZÓSTE: sens.
Nie masz pomysłu na odpowiedź – nie pisz. Przejdź na spacer, napij się wody, odrób matmę... Masz genialny pomysł na odpowiedź – nie pisz. Posłuchaj ulubionej piosenki, weź parę głębszych oddechów – możesz pisać. Wymuszone teksty są niewiele gorsze od tych pisanych w literackim uniesieniu. Obu często brakuje sensu, a to zupełnie nie pomaga obu stronom.

PO SIÓDME: wiedza.

Jeśli chcesz napisać o czymś, o czym niewiele wiesz, masz trzy możliwości.
Pierwsza – nie pisz. Pójdź na łatwiznę. Nie ryzykujesz błędu, nie narażasz się na śmiech.
Druga – pisz ogólnikiem. Jeśli kojarzysz, że jakiś Francuz namalował „Wolność prowadzącą lud na barykady”, to pisz, że to dzieło francuskiego malarza.
Trzecia – DOWIEDZ SIĘ. To najlepsze możliwe rozwiązanie, które gorąco popieram. Internet nie boli, książki i gazety też nie bolą. Wytykacie mi to, ale tak – ja strasznie lubię popisywać się wiedzą. Taki typ człowieka.

PO ÓSME | DZIEWIĄTE | DZIESIĄTE:
AKCJA | FABUŁA | PLAN.

(bardzo dziękuję za uwagę, o tym będzie następnym razem).

Oraz ważna sprawa: jeśli piszę o tym, że opis ma się składać z tego a z tego, to nie znaczy, że każdy opis, jaki sama napiszę będzie dokładną realizacją schematu. Niedawno natrafiłam w podręczniku do polskiego (tak, czasami je czytam) na ładne zdanie, które brzmiało mniej więcej tak: "Jeśli widzimy w pracy spełnienie warunków postawionych w treści zdania oraz narzuconych przez formę wypowiedzi, możemy uznać pracę za poprawną. Prace dobre są wtedy, gdy piszący wchodzi w dialog zarówno z tematem, jak i formą wypowiedzi".

Wesołych Świąt, szczęśliwego Nowego Roku i pozostałych banałów życzy nielubiąca składać banalnych życzeń Leeshka.

PS:  Po długiej nieobecności wrócił mój ukochany blog, też bardzo komiksowy. Ale bez obaw - tutaj łatwo się odnajdziecie. Za tę reklamę mi nie zapłacono, to wolontariat - X-MEN SCHOOL

czwartek, 13 grudnia 2012

Zło siedzi w cieniu i sapie albo sparkli w słońcu.


Leeshka żyje. Już macie odpowiedź na pytanie, dlaczego od tak dawna nie widzieliście żadnego artykułu opatrzonego moim nickiem. Udało mi się zgromadzić na tyle czasu, by wyskrobać lekcję o dwóch istotnych chorobach postaci na blogach. Klasa wstać! Klasa usiąść! Klasa zapisze podpunkt „a”. 

SYNDROM DC

W tym miejscu zamieszczam oficjalną i prawdopodobnie jedyną dedykację, jaka pojawi się w moich artykułach. Poniższy tekst nigdy by nie powstał, gdyby nie moja dobra blogowa znajoma. Nie jestem w stanie teraz powiedzieć, która z nas nadała zjawisku nazwę, ale zapewne była to O. 

Geneza: Jestem komiksiarą. Przemawiają do mnie faceci z nadnaturalnymi mocami, przemawiają do mnie naukowcy operujący cząsteczkami, które nie istnieją i nie do końca wiadomo, co robią. Ale są zarąbiste. A z wydawnictw komiksowych dwa są największe: Marvel (ci, co kupili Star Wars) oraz DC (ci od Batmana). Zasadnicza różnica między nimi polega na sposobie, w jaki kreują swoje postacie. O ile blog marvelowski istnieje już długo i raczej nieprzerwanie, to bloga DC długo nie było widać na horyzoncie. Kiedy się wreszcie pojawił, ja (która nie cierpi DC) uznałam, że w sumie można spróbować. Po wczytaniu się w realia odkryłam nudę życia tych superbohaterów. 

Disclaimer:
bohater Marvela – Bruce Banner/Hulk: naukowiec, który wskutek promieniowania gamma zmienił się w zielonego potwora, którego naprawdę niewiele rzeczy jest w stanie zniszczyć. Ani Banner ani Hulk nie są specjalnie przystojni oraz bogaci. Tego drugiego przez dłuższy czas próbowano zabić. A potem siłą wcielono do drużyny superbohaterów, która notabene w zamyśle miała być parodią Ligii Sprawiedliwych. 

bohater DC – Clark Kent/Superman: przybysz z obcej planety; lata, strzela laserem z oczu, jest supersilny, a jego jedyną słabością jest kryptonit, który ciężko dostać w osiedlowym. Posiada niebywałą zdolność oszukiwania ludzi za pomocą okularów – wystarczy, że je założy i nikt nie jest w stanie skojarzyć go z Supermanem. W zasadzie świętszy od papieża, przystojny, nosi majtki na wierzchu i należy do Ligii Sprawiedliwych – organizacji zrzeszającej podobnych jemu bohaterów. 
Łapiecie różnicę, nie? 
Jeśli jesteś brzydki, nie możesz być bohaterem w DC. Mimo to większość tych bohaterów wiedzie koszmarnie nudne życie. Raz na jakiś czas coś tam się u nich wydarzy, ale to i tak niewiele wnosi. Bohaterowie z DC głównie walczą z przestępcami, pomagają glinom i czekają, aż komisarz Gordon  mrugnie, a potem znikają. Obowiązkowo wszyscy są sierotami, najczęściej sierotami z bardzo tragicznych powodów (porachunki z mafią, konieczność ratowania własnej planety...). I nigdy się nie wahają, nigdy nie mają wątpliwości. Dla porównania Marvel serwuje eventy, po których postacie zmieniają swój stosunek do życia o sto osiemdziesiąt stopni. Zaraz ktoś wyciągnie przykłady, w których tak nie jest, dlatego od razu mówię, że chodzi o większość postaci. Są w Marvelu bohaterowie nie do przekabacenia. Jednak spora część z nich niekiedy porzucała swoje tożsamości, zrywała wszystkie kontakty i próbowała normalnego życia. Wciąż opowiadam o komiksach, dlatego łatwo się domyślić, jak to wszystko zawsze się kończyło. Zaraz jednak pomówimy o blogach, tam jest podobnie. 
Koniec disclaimera. 


Opis: Syndrom DC pojawia się też w grach. Pewnie każdy kiedyś wpisał simom kod na kasę i zbudował najbardziej wypasiony dom w okolicy. A po zbudowaniu domu... właściwie nie było już nic do roboty. Albo w RPG, kiedy stworzy się postać napakowaną umiejętnościami, z poziomem piętnastym tam, gdzie powinna mieć pierwszy. I potem gra jest śmiertelnie nudna. 
Na blogach sprawa wygląda podobnie. Tworzymy wypasioną postać tak, żeby każdy moment jej życia był czymś zapierającym dech w piersiach, po prostu chodząca zarąbistość. A potem okazuje się, że w wątkach jakoś to nie idzie. To w zasadzie jeszcze nie jest najgorsze. Najgorsza jest obojętność tych postaci albo teatralizowanie. Mały apel do blogerów: nie piszcie tak, jakbyście widzieli to w filmie. Pisanie opowiadań znacznie różni się od pisania scenariusza i nikt nie musi wypuszczać tacy z rąk. Wracając do sedna, każdy chce, żeby w życiu jego postaci coś się działo. Weźmy na przykład niechcianą ciążę. Stało się i przez kilka sekund jest strasznie, a potem blogowej Mary zupełnie przechodzi i jest taka, jak dawniej. Zupełny brak rozwoju postaci. Nawet jeśli to klasyczny przypadek syndromu DC i postać nie ma żadnych wad, to może się zmienić. Jak nie na lepsze, to na gorsze. 
Zagrożenie: Jak cholera. 
Sposób leczenia: Zingorować. 
Reasumując: syndrom DC to jest to - 
Kffiatki: 

Kto nie zna tej uroczej panienki Amelii? Wszyscy ją znają. Znana jest w całym Nowym Jorku. Nie tylko w szkole , ale i poza nią.
Generalnie prezydent musi zamawiać u niej audiencję z miesięcznym wyprzedzeniem i tylko w chwilach najwyższego zagrożenia, żeby czasem nie obrazić majestatu. 

-uwielbia wszelkiego rodzaju torebki, torby, plecaczki i przede wszystkim buty. 
Buty też zakłada sobie na ramiona. Wybaczcie, nie mogłam się powstrzymać. 

Rozpoznawalna w prawdzie tylko pod jednym dwoma względem. Jej charakterek który daje się każdemu we znaki i włosy. Zawsze spokojna głośna, rzadko dziwna spokojna. Gdyby ludzie mieli powiedzieć kim według nich jest Pronto Anne, to by stwierdzili, że sensem ich łóżka życia. To ona zawsze znajdzie się tam gdzie ludzie potrzebują odwagi pomocy. Nie pomaga im jednak aż tak często. Im się tylko tak wydaje, bo jest przy nich, a to im wystarcza. 

Wiem też, że jest strasznie wrażliwa, łatwo ją zranić, ale zawsze udaje, że nic się nie stało. Ma bujną wyobraźnię i to za bardzo. Boże, co ona czasami wyrabia, jakie ona historyjki wymyśla. Tym samym ma bardzo wielkie poczucie humoru. Powiem Ci też, że z nią nie jest łatwo. Jeśli ją oszukasz, tracąc tym samym jej zaufanie - odpadasz. Po prostu nie ma ochoty przyjaźnić się z osobą, która' tak strasznie ją potraktowała. Taka właśnie była sytuacja z Amelią, bo jej chłopaka odbiła, ale mniejsza o to. 

Idziesz sobie przez centrum handlowe. Postanowisz wejść do najdroższego sklepu. Widzisz tam wysoką blondynkę. Ogląda jakieś firmowe ciuchy. Pff... Przechodzisz obok niej. Zauważasz wtedy dokładnie jak wygląda. Ma długie nogo i gęste śliniące blond włosy. Jest bardzo zgrabna, ma wcięcie w tali i duże piersi. Wywracasz oczami. Przypatrujesz się jej twarzy. Ma pełne czerwone usta i zielone oczy. Oh! Jak ty byś chciała mieć zielone oczy. Jako kobieta znasz się na makijażu. Widzisz, że ma maskarę, szminkę i cienie. Od razu wiesz, że stawia na lekki makijaż. Wcześniej nie przyjrzałaś się jej ubraniu. Za bardzo nie ma co opisywać. Jet to droga, czarna sukienka. Bardzo ładna. podkreśla jej figurę. Ma też szpilki co dodaje jej wzrostu. No i koniec oglądania bo sklepikarka się wyrzuca. Tak się zamyśliłaś, że przez jakieś dziesięć minut trzymałaś w ręku jaką ścierę. Za takie coś chcieli stówę? Haha! No i nic. Grzecznie wychodzisz ze sklepu i koniec opowieści. 


SYNDROM SNOWA
Geneza: Czytałam opowiadanie autorki o nicku Snow, wtedy zauważyłam tego potwora. 
Opis: Nowy rodzaj narratora. Narrator niezdecydowany. Przede wszystkim pomówmy o tym, że narratora w opowiadaniu lub wątku powinno nie być. Nie mówię tutaj o narratorze pierwszoosobowym. Co innego też, gdy narratorem jest dziadek, który już na wstępie mówi „Miałem podczas studiów kolegów...” albo jakiś inny Opowiadacz. Na potrzeby artykułu przyjmijmy, że Opowiadacz jest osobą, która brała udział w wydarzeniach albo miała z nimi jakiś związek, co daje jej pełne prawo do wydawania osądów o postaciach. Syndrom Snowa przenosi te cechy na zwykłego narratora trzecioosobowego. Pojawia się nam w tekście jakieś „ja”, które zna bohaterów (i wie o nich dokładnie wszystko), próbuje skupić uwagę czytelnika na sobie, produkuje się i produkuje... Aby potem stwierdzić, że to bez sensu. Znacie początek Hobbita? W oryginale brzmi tak: „W pewnej norze ziemnej mieszkał sobie pewien hobbit. Nie była to szkaradna, brudna, wilgotna nora, rojąca się od robaków i cuchnąca błotem, ani też sucha, naga, piaszczysta nora bez stołka, na którym by można usiąść, i bez dobrze zaopatrzonej spiżarni; była to nora hobbita, a to znaczy: nora z wygodami”. 
Nawiązując do Władcy Przekładów, w przekładzie narratora niezdecydowanego tekst brzmiałby tak: 
„W pewnej, ale nigdy nie dowiecie się której i gdzie, i kiedy, norze ziemnej (ha, dobrze mówię – była to nora ziemna) mieszkał sobie pewien hobbit. Nie była to, jak powiedziałby ktoś, szkaradna, brudna, nazywana przez niektórych, wilgotna nora, rojąca się od – nigdy nie zgadniecie – robaków i cuchnąca szlachetnym błotem, które skądś musiało się tam wziąć, jednak nie powiem wam skąd, ani też sucha, naga jak ser z dziurkami, piaszczysta nora bez stołka, na którym by można usiąść, i bez dobrze zaopatrzonej spiżarni; była to nora hobbita, a to znaczy: nora z wygodami... Jednak to nieistotne. Teraz opiszę wam sytuację tak zwykłą, że aż niezwykłą. Nie będzie w niej żadnych hobbitów. Na co komu hobbit?! Nonsens...”
Zagrożenie: niewielkie; jedynie irytuje
Sposób leczenia: nieznany, chorujący na syndrom Snowa strzelają focha przy każdym zwróceniu uwagi. 
Kffiatki: 
Wysłuchamy, zapamiętamy, będziemy się zastanawiać nad każdym słowem. Gotowi?
Nasuwa mi się pierwsza myśl. Myśl o dniu narodzin Caris. Zastanówmy się jednak jaki ma sens opowiadanie o tym. Czy kogokolwiek to obchodzi? No właśnie, nie! Dlatego może przewińmy się trochę do przodu. 

Nie spodziewaj się tego, że opiszę ci historię godną napisania bestseleru bądź ogłoszenia tego w wiadomościach. Niestety nikt się u niej w rodzinie nie mordował, nie gwałcił, nie pił do nieprzytomności czy też  był ćpunem. Nie doszukuj się niczego nadzwyczajnego. Ja wiem, że teraz bycie pokrzywdzonym jest teraz takie modne i my wszyscy kochamy ofiary losu, wydają się one tak bliskie naszemu sercu. A tu masz babo placek, ponieważ jej życie nie jest niczym specjalnym, nie doszukasz się w nim sensacji. Urodziła się jako jedno z bliźniąt dwujajowych w święto zakochanych. 
Gdyż, jak powszechnie wiadomo, poza świętem zakochanych bliźnięta już nie są dwujajowe.

Melody, Melody.. Jaka jest Melody każdy widzi, dlatego też niekonieczne jest opisywanie tego dziewczęcia, ale skoro tak bardzo tego chcesz.. Właściwie to nie wiem od czego zacząć, bo w Mel jest tak wiele ciekawych-nieciekawych rzeczy, że trudno wybrać i opisać te podstawowe, podobno najważniejsze


Klasa zapisała? Jak zapisała, to niech zapamięta, bo już niedługo egzamin praktyczny z radzenia sobie z osobami chorymi. A my się widzimy za tydzień na pogadance o wątkach, bo Lyra podrzuciła naprawdę dobry pomysł. 
Aye! 

piątek, 16 listopada 2012

Wyszłem na podwórze.

Witajcie, drodzy Czytelnicy. Miałam przerwę w pisaniu, ale za to dzisiejszy odcinek jest ekstremalnie długi. Dlatego polecam załatwienie wszystkich ważnych spraw, wysłanie rodziny na Marsa i dopiero wtedy przystąpienie do lektury. Endżojcie! 

Dalej piszemy naszą kartę postaci. W opisie wyglądu wyręczyła mnie Killuś, więc teraz kilka słów o tym, dlaczego nie lubię opisów charakteru. W przeciwieństwie do szczegółowej biografii postaci, charakter uważam za niezbędny. Wybierając sobie partnerów do wątków, zwracam uwagę na trzy rzeczy, a charakter postaci jest jedną z nich. I naprawdę szlag mnie trafia, kiedy widzę w karcie „wredna suka”. Tyle. Więcej o postaci nie mam szans się dowiedzieć. Przy czym z doświadczenia już wiem, że ten opis nijak ma się do faktycznego zachowania postaci. Nie lubię tego, jak diabli tego nie lubię. Pomijając już te wszystkie spłycania charakteru i dziwaczne porównania (serio, o tym możemy rozmawiać całymi miesiącami, a tematu nie wyczerpiemy), dobry opis charakteru jest wtedy, kiedy nie bije od niego grafomania. Co zaś się tyczy kart grafomańskich – po wtórności je poznacie.
Ten artykuł nie będzie o tym, o czym miał być. Chciałam pokazać, jak fajnie ciekawostki potrafią zdefiniować postać. Ale nie. Szukałam, szukałam przykładów i miałam ich tak mało, że zrobiło mi się jakoś ciężko na sercu. Nie macie czasem wrażenia, że w kółko czytacie kartę jednej i tej samej postaci? Mamy wersję francuską, mroczną i tak dalej, ale to nadal jedna postać. Najłatwiej jest zerknąć w rubrykę „ciekawostki”. Widzimy tam stosunek do czekolady, kawy, alkoholu, narkotyków, orientację seksualną i jakieś „szaleństwo”. Na takie okoliczności mam na biurku poduszkę, doskonale amortyzuje headdeski. Bo niby jak mam wymyślić na podstawie czegoś takiego wątek? 
 Pierwsza rzecz, która mnie irytuje: kiedy akcja bloga dzieje się w Ameryce, a pojawia się postać paryska, gdzieś w komentarzach widnieje „O, moja X też jest z Francji. Powinny się znać”. Jasne, narody mają tendencję do jednoczenia się na obczyźnie, ale tutaj zachodzi zupełnie inne zjawisko. Jakkolwiek Paryż wart jest swoich szczurów, to jednak Francja nie jest piaskownicą. I tak bajdełejem, nie składa się wyłącznie z Paryża i Marsylii. 
Druga irytująca rzecz: jako człowiek cywilizowany proponuję komuś wątek i dostaję osiemset słów odpowiedzi, z której muszę się domyślać, o co chodziło autorce. Połowa to najczęściej pochwała urody mojego bohatera. Jedna trzecia to dziwaczne dygresje. Pozostała część zaczyna się od „Moja X jest taka, że”. 
 I trzeci grzech główny: jeśli nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi o seks. Nie mówię tutaj o blogach, gdzie bohaterami są osoby dorosłe. Głównie mam na myśli Hogwarty i licea. Jasne, o tym pisało już mnóstwo ludzi i nic nowego nie wymyślę. Ale jednak jak mi ktoś wyskakuje z założeniem „zrobimy z nich parę, a potem ona złamie mu serce, bo tak jest zabawniej”, to odechciewa mi się blogowania. Pewnie jest to jakieś tam urozmaicenie wątków, ale to zupełnie odrębna sprawa. Skoro postacie mogą siedzieć i przez dwadzieścia komentarzy rozmawiać o pogodzie, to (wedle blogowej logiki), coś im się od życia należy i w dwudziestym pierwszym komentarzu idą razem do łóżka.
    A teraz szerzej o grafomanii. Może i trąci to łatwizną, ale naprawdę zaczynam mieć dość przeglądania kart postaci, żeby wyszukać temat do artykułu. Dlatego jeśli coś przyprawi Was o mindfuck – dajcie mi cynk.
    Słownik języka polskiego definiuje grafomanię jako <<dzieło literackie pozbawione wartości>>. Na Wikipedii definicja została znacznie rozszerzona, a jej trzon zawiera wyrażenie „patologiczny przymus”. I to jest właśnie to, na czym mi najbardziej zależy. Spodziewajcie się krótkich tekstów o patologiach w postaciach i wątkach. Ich matka ma właśnie na imię grafomania, ojciec, jak to już w blogowym światku bywa – nieznany. Cały problem z grafomanami polega na tym, że świetnie się maskują. I w sześćdziesięciu procentach przypadków przy pobieżnym przeczytaniu karty wszystko jest w porządku.
    Z otchłani internetów wyłowiłam przepiękny przykład przegadanej i dziwacznej karty. Pokuszę się o przeanalizowanie jej fragmentów. Całość możecie znaleźć TUTAJ. Karta autorstwa Slaine, cytaty moje.

| Szwargocze płynnie po farersku i duńsku |
| Mniej biegle włada językiem angielskim i niemieckim |

To jest dopiero początek karty i już mamy kfiatka. Szwargocze, jak i szprecha to się po niemiecku. Skądinąd wiem, bo moja klasa od trzech lat udaje, że się języka uczy. Aczkolwiek dzisiaj umiem tylko Ich kenne nicht oraz Ich bin Volkswagen. Jakby nie było, mamy już pierwszy znak, że nadchodzą kłopoty. Trudne słowo na początku karty źle wróży.


    | (Nie)Obcy | (Nie)Ciekawe | (Nie)Zapomniane |

Tutaj, proszę wycieczki, widzimy syndrom Snowa, który zalicza się do klasycznych patologii narracyjnych. Ponieważ jeszcze nie przerobiliśmy tej lekcji, powiem tylko o zagadkowej schizofrenii narratora. Pewnie miała być w tym jakaś poezja, jednak wyszło dość bez sensu, jakby jedna osoba dogadywała drugiej.
   
      Dziwnym trafem, ojciec uważa, że to Sigurd właśnie jest wszystkiemu winien. A tutaj winne było słabe serduszko w chudej piersi, spazmatycznie rozdymające się płucka, ot, to i wszystko.
   
I jest, martwy rodzic. Wina, rzecz jasna, po stronie naszego bohatera. Tak chce Imperatyw. Druga rzecz: nie macie czasem wrażonka, że ktoś robi z nas kretynków? Oraz ciekawostka: podczas porodu kobieta dostała nagłej rozedmy płuc. Tak zupełnie z niczego. Pozlewały się jej pęcherzyki, dostała duszności, a w następnej chwili już nie żyła. A podobno to matka Amelii miała pecha (dla przypomnienia: zabił ją samobójca skaczący z wieży Notre Dame).
   
    Nie nadawała się do rodzenia dzieci, jego kochana, niepoznana nigdy mamusia - filigranowa baletnica z porcelany, kruczowłosy twór fińskiej tajgi.

Zaliczona przepisowa dawka kretynizmu. Pomijając już filigranowość baletnic (znacie bardziej sztampowe zdanie? Pomijając to o słońcu i nieboskłonie), który król tak sobie dobiera żonę, żeby nie mogła mu urodzić następcy? Monarchie w dwudziestym pierwszym wieku wciąż istnieją i mają się nieźle, możemy się im przyjrzeć i zauważyć, że chodzi też o to, żeby zapewnić dynastii ciągłość.  Tak jeszcze z aspektów medycznych: pod warunkiem, że był tam jakiś lekarz i poród nie odbywał się w domku w głuszy, kobieta nie miała prawa umrzeć. Najpierw ratuje się matkę, dopiero potem dziecko. Istnieje też mityczna operacja zwana cesarskim cięciem.

    Oprócz chłopięco wąskich bioder miała wiele wad, ponoć zbyt bliskie kojarzenie par w zamierzchłym czasie odbić się może i obecnie; ale on urodził się zdrowy, w sposób wręcz dobijający tryskał witalnością.
   
 Zła jest Mistrza Yody składnia. Jakkolwiek z pozoru brzmi niczym tekst stylizowany na archaiczny. Wywodu o monarchiach powtarzać nie będę. Skupmy się na średniku. Tak nie stosuje się średnika. Sztukę użycia kropkoprzecinka należy najpierw opanować w takim tekście, do którego nie zajrzą ludzie i nie będą mieli okazji się pośmiać.
   
    A matka po ostatnich spazmach już nigdy się nie podniosła, nie zdążyła po raz pierwszy i ostatni wziąć syna w ramiona; jakby pępowiną sukcesywnie przesączało się życie jednej istoty do drugiej, by przy rozwiązaniu zgasł słaby płomyk duszy, a ów nowy jarzył się podwójnie mocnym światłem.
   
 Prawie pięćdziesiąt słów w jednym zdaniu. I ani krztyny głębi. Częste zagranie, jakby autorka miała nadzieję, że czytelnik zgubi się gdzieś w połowie i nie będzie próbował dociekać, o co jej chodziło. Czasami trafiają się jednak czytelnicy najgorszego pokroju, czytelnicy upierdliwi. Mój mózg odmówił współpracy na słowach „po raz pierwszy i ostatni”. Mam naprawdę problem. Mowa jest o kobiecie, która planowała tylko raz w życiu wziąć dziecko na ramiona? 

 Pseudomistyczne bzdury swoją drogą, a przelewanie żalu na pierworodnego potomka swoją - zresztą, po niegdyś nieustającym potoku opowieści ojca można uznać, że było po czym rozpaczać.

Znowu syndrom Snowa. Bo nie ma to jak po dwustu wylanych słowach dojść do wniosku, że to było na nic. Okey, sama czasami tak. Mam. Ale jeśli stwierdzam, że opisałam coś, co mi niepotrzebne – wywalam. I Wy też tak róbcie. Nawet jeśli kochacie swoje dzieła i jesteście z nich dumni – wywalajcie. To najlepsze, co możecie dla nich zrobić.
Podsunięcie kobiety owej jako pocieszenia po, wymaganej przez przyzwoitość, rocznej żałobie było trafne - na świat przyszły aż trzy latorośle, duma i chluba, obiekty miłości rodzicielskiej, nie to, co pierworodny dziedzic.

Bo widzicie, prawda jest taka, że królowi wcale nie było szkoda ubitej baletnicy. Po prostu żaden porządny król nie może mieć tylko jednej żony na swoim koncie. Zapytajcie Henryka VIII.

    Och, nie był całkiem skreślony - macocha w swej prostej naturze chciała traktować chłopaka jak swojego, gdy podrósł na tyle, by rozumieć świat -  nawiązać przyjacielską relację na równych zasadach z tym ponad wiek poważnym dzieckiem.

Doprawdy, plebs. Że też mogła mu współczuć w okresie, gdy wszyscy powinni się odwracać mało szlachetną częścią ciała do naszej Mary. W wolnym tłumaczeniu: już jako trzylatek był bardzo dojrzały, dlatego nie pluł kaszką tak po prostu. W swojej dojrzałości pluł kaszką prosto w twarz paskudnej macochy.
    A tu - mur obojętności; uczył się trzymać ludzi na dystans już od pierwszych dni życia, po pierwszym grymasie rozpaczy i zawodu na łagodnej zwykle twarzy ojca.

Wtem mur! Człowiek uczy się całe życie – ja właśnie się dowiedziałam, że istnieje coś takiego jak mur, który uczy się od pierwszych dni życia trzymać ludzi na dystans. W zasadzie jest to bardzo dobra cecha, jeśli chodzi o mur, chociaż wydaje mi się, że mogłoby być ciężko, gdyby na przykład zrzucał z siebie tak samo wrogów jak i  obrońców.

    Była sobie szczęśliwa rodzina, obok stał Sigurd. Nie wymuszał tego wyalienowania, by zwrócić uwagę otoczenia i dodać swej osobie tragizmu, och, nie!, zwyczajnie nie czuł potrzeby więzi z tymi ludźmi - ojciec, macocha, przyrodnie rodzeństwo, byli obcy, niepodobni.

Ani trochę nie wymuszał wyalienowania. Plucie kaszką było tak po prostu. Zaś pojawianie się na zdjęciach jedynie w charakterze cienia na podłodze wynikało z jego specyficznej urody. Nie kurnać, on tak nie wymuszał, jak Zawisza nie walczył pod Grunwaldem.
   
    Kochałby matkę, gdyby żyła; kochałby jej ciemny warkocz pachnący kurzem z tiulowych spódnic, kochałby wąziutkie nadgarstki, które można było otoczyć palcami jak obręczą.

Matka nigdy nie myła włosów. Nie prała też ubrań. A na co dzień paradowała w takich kieckach.
 A była królową.

    Enigmatyczność, nieprzejrzyste zwierciadła duszy, dwa jeziorka rtęci - najlepsza obrona przed wszystkimi.

Dwa jeziorka rtęci mogą być obroną pod warunkiem, że oblejemy nimi przeciwników. To silnie toksyczny pierwiastek, powodujący poważne komplikacje, dawniej lek na kiłę. W zasadzie to ostatnie zastosowanie też może tutaj mieć znaczenie. Niektórzy podobno zauważyli tutaj opis oczu.

      Jest tak podobny do matki, że podobieństwo to aż boli; gdyby żyła, można by uznać ich za rodzeństwo z kazirodczego związku, a przynajmniej tak ktoś kiedyś powiedział; Sigurda niezwykle to rozbawiło.

Po pierwsze: wiemy, że jest podobny do matki. W tekście było już o tym cztery razy. Po drugie: co ma rodzeństwo z kazirodczego związku do podobieństwa rodzeństwa? Nadal nie mogę załapać tej zależności. Może to dlatego, że jestem uprzedzona wskutek propagandy takich bzdur niestworzonych jak cechy recesywne i dominujące...
   
   
    Śmieje się, pochylając głowę jakby w geście aprobaty, odsłaniając duże zęby; jest w tym szczerość, szyderstwo objawia się pozornie wesołym grymasem zaciśniętych, spękanych warg.

Koń. Z opisu wynika, że bohater jest koniem. Duże zęby, pochylenie łba, spękane wargi... Jaki koń jest, każdy widzi. Podejmie się ktoś policzenia ilości średników w tym tekście oraz tego, ile z nich zostało błędnie użytych?

    To jedna z dwóch rzeczy, które różnią go od matki nieboszczki - usta, blade, pogryzione, szerokie jak na mężczyznę; wzrost, jedyne, co ma po ojcu - wysoki, z ciałem wręcz pająkowato powyciąganym i szczupłym, ręce zwężające się w nadgarstkach, by przejść w szerokie dłonie o długich palcach z wyraźnie zarysowanymi stawami, lecz wszystko to znów przywodzi na myśl widmo tamtej kobiety.

Znów – ponad pół setki słów i jakby brak sensu. Rozłóżmy to na czynniki pierwsze: od matki różnią go dwie rzeczy. Którymi są usta i wzrost. Może jestem mało uduchowiona, ale ja tutaj jeszcze widzę zasadniczą różnicę płci. Oraz przeprowadzania procesów życiowych. Ale skoro tych różnic jest tak niewiele, możemy mieć nadzieję, że książę w najbardziej niespodziewanym momencie swojego życia dostanie rozedmy. A wtedy my – państwo wybaczą, kalambur niezamierzony – odetchniemy z ulgą.
   
    Przywołuje je blada, lekko ziarnista cera, przywołują proste rysy wpisanej w trójkąt twarzy, oczy okolone gęstymi, acz niedługimi rzęsami, tęczówki głębokie jak niebo, szare i jak niebo obojętne; czarne, wełniste włosy, spadające prostymi pasmami na ramiona i niżej, aż do łopatek.

Intryguje mnie twarz wpisana w trójkąt. Sto razy liczyłam już zadania z kołem wpisanym w trójkąt, ale z twarzą to jeszcze nigdy. Chociaż to mogłoby być ciekawe wielkość a podzielona przez odległość lewego oka od nosa oznacza twarzowość twarzy wpisanej w trójkąt. Oblicz wysokość trójkąta, wiedząc, że jest on równoboczny. Kolejna interesująca cecha wyglądu naszego geometrycznego konia – wełniste włosy. Grono ekspertów wydało jednogłośne orzeczenie: takie włosy mają niezłe właściwości termoizolacyjne, są doskonałym środowiskiem dla pcheł, a jak zamokną, to śmierdzą i stają się straszliwie ciężkie.


    Głębokie cienie kładące się na policzkach, tuż pod oczami, cień zarostu na szczęce i policzkach, to wszystko burzy iluzję nakładających się obrazów, idei złączenia, ostro zaznacza kontur osobnego bytu; sprawia, że Sigurd jest nieszczęśliwie tylko Sigurdem, aż Sigurdem.

Wniosek formułuje się tak: gość ma do tego stopnia wydatne kości jarzmowe i tak zaawansowane niedożywienie, że w miejscu policzków zieją jakby dwie jamy – otchłanie mroku. W dodatku nie sypia wcale, dlatego pod powiekami ma coś z misia pandy. Po czym następuje sentencja, która w zamierzeniu miała być czymś naprawdę głębokim i pełnym artyzmu, tymczasem ja śmiałam się jak głupia.


    Czernie, szarości, biele, to on właśnie. Bezpieczne kolory, które nie posiadają absolutnie żadnego wydźwięku, absolutnie nic.

Po pierwsze: mój czarny jest czarniejszy niż twój. Po drugie: jak, do ciężkiej wszetecznicy, kolory mogą nie mieć wydźwięku? Tak to sobie może dwóch malarzy pogadać, nie ludzie, którzy piszą. Jeśli dzień był szary, to czytelnik od razu czai bazę. Jeśli mówimy o człowieku w czarnym płaszczu, też mamy przed sobą jakieś skojarzenie. Nawet jak padnie hasło „biel”, to mózg działa, słowa reagują z ludzką wyobraźnią.

    Bo to jest tak, że niewielu to indywiduum lubi. A on dałby się polubić, o, proszę bardzo, może być sympatycznym człowiekiem. Tutaj jednak rzecz jest w czym innym; Sig w pewien sposób odpycha samym swoim istnieniem, taki to już element, co wprowadza chaos do mikrokosmosu społeczności - nie chodzi tu wcale o wyciągnie ludzi z łóżek o drugiej w nocy; porę tą zarezerwował dla siebie i tylko siebie.

Tak właśnie wygląda męska wersja zmierzchowej Belli. Ona też dałaby się lubić, jednak ma swoje małe wady. Przynajmniej w teorii. Potem z tekstu jeno wynika, że postać jest tak irytująca i chamska, że nie da się jej polubić. Aczkolwiek wszyscy w powieści właśnie za to Bellę wielbią. Mikrokosmos społeczności brzmi równie ładnie, co jest pozbawione sensu. Zaczynam doszukiwać się w tym tekście śladów drugiego Ja autorki. To ja chciało być bardziej poetyckie i walnęło wzniosłe sformułowania w zwykłym opisie postaci. A także [Achtung!] TĘ. TĘ, do wszetecznicy ciężkiej. TĘ nie TĄ.


    Jednakże nie zapuszczajmy się zbytnio w dygresję, później odnalezienie właściwych ścieżek bywa trudne; skoro i przy ścieżkach jesteśmy - uwielbia te rzadko uczęszczane. Duszy, umysłu i świata.

Syndorm Snowa once again. A to jest może połowa karty. Wychodzi mi, że Książę-Koń lubi kretynów, bo ścieżki ich umysłów są na pewno mało uczęszczane. Co zaś się tyczy ścieżek świata – zawsze chodzi na około. Znacie ten typ? Zapytasz „którędy na autostradę?”, on wyciągnie globus i się zaczyna... „Musisz przejść przez te góry, na końcu będzie stał Mongoł z kozą na postronku. Koza na szyi będzie miała dzwoneczek i jak nim trzy razy zadzwonisz, to zyskasz moc widzenia rzeczy, o których się filozofom nie śniło, etc”

    Lubi prowokować do włączania myślenia, zmiany perspektywy, wyjścia poza siebie - sam z ocierającą się o perwersję radością takowym praktykom się oddaje.

Ostry mindfuck. Ktoś poratuje?

    Stara się, by egzystencja składała się z drobnych przyjemności, codziennych rytuałów, które trzymają wszystko na miejscu - jest w pewien sposób neurotyczny, paznokciami wczepiając się w świat, który teoretycznie go nie obchodzi. Ma coś z kota - własne ścieżki, własne myśli. Lubi towarzystwo, obecność i niewerbalne jej oznaki; rozmowa, gwar, słowa bez ładu i składu, tracące swój uświęcony sens, to go odrzuca od grup, od dyskusji - a dyskutowałby chętnie, jak zawsze starannie dobierając słowo po słowie, tworząc coś pięknego i często kłamliwego.

W zasadzie taka ilość grafomanii jest aż szkodliwa dla środowiska. Minister Spraw Wewnętrznych właśnie złożył wniosek o zalanie tekstu betonową skorupą. Jak elektrowni w Czarnobylu.

Subtelność, to też dobre słowo; lubi obrażać ludzi w wyrafinowany, miły wręcz sposób. Wciąż bowiem, choćby i świat się walił, będzie chodzącą uprzejmością, lodowatą, serdeczną, oficjalną, szarmancką, zależy.

Znaczy obraża tak:
 – Milady, pani wybaczy, ale zmuszony jestem zauważyć, że kawałek klopsa, który tak szlachetnie mieni się na pani talerzu ma aż nadto dużo wspólnego z pani jakże urokliwym obliczem. A wyrafinowana barwa sosu koperkowego sprawia, iż nie mogę przestać myśleć o pani włosach, mających dokładnie taki sam kolor, milady.
 – Sir, nawet obraza w pana ustach brzmi jak najszczersza słodycz. Sir.


    Bawi się w tajemnicę, wdycha opary ekscentryczności, rzuci cytatem lub teorią jak ochłapem krwistego mięsa; jednocześnie szanuje twórców i nimi pogardza za swego rodzaju psychiczny ekshibicjonizm, od którego nikt, a zwłaszcza on, wolny nie jest.

Bardzo rozrywkowy jest nasz Czarny Książę. Przyjdzie taki z toporkiem rzeźnickim u pasa, urąbie ochłap cytatu i rzuci za siebie, nawet nie patrząc w kogo. A potem wszyscy się dziwią, że tłumy cytują Coelho.

    Rzadko podejmuje działanie; świat przepływa obok niego, albo też on płynie z nurtem zanieczyszczonej rzeki wydarzeń, czeka jak cierpliwy drapieżnik, analizuje - kocha analizowanie!, jak naukowiec, każdą jedną rzecz bada pod lupą z chłodnym zainteresowaniem, po rozebraniu na części pierwsze odrzuca i zajmuje się nowym, intrygującym bodźcem.

W przekładzie z polskiego na nasze: leń patentowany. Najchętniej to by się położył do góry brzuchem, ograniczył czynności życiowe do minimum i jedynie oglądał, jak inni coś robią. Zwróćcie też uwagę na wykrzyknik, a po nim przecinek. Jak dla mnie to głupota, ale być może morał ktoś wyczyta.

    Zwyczajnie nie rozumie potrzeby robienia czegoś na pokaz.

A odrzucanie kobiety, która wychodziła do niego z sercem na ramieniu to wcale nie pokazówa.

    Hipokryta, bo z własnego życia, świadomie lub nie, tworzy wielkie, wspaniałe widowisko.

I to jego życie to jest obłuda, tak? Fałsz, pic na wodę? Znaczy, że jego naprawdę nie ma, nami rządzą komputery, a ja tak naprawdę niczego  nie analizuję? Co za ulga! To teraz mogę już sobie iść.

    A jednak, zabawa w kreowanie siebie, zabawa w kalekiego boga okrutnych wewnętrznych światów trwa dalej, więc dobrze jest. Pójdzie do grobu z podniesioną głową, zakocha się w smutnej prostytutce, napisze coś na miarę Whartona, jeszcze bijące, wyrwane z piersi serce uczyni obiektem kultu, wprowadzającym w trans zaśpiewem poderwie do transcendentalnego tańca dwie osoby, nie licząc kota; ot, miłe duszy surrealistycznej wizje przyszłości. Żałosne.

To ostatnie zdanie jest najlepszym podsumowaniem, jakie mogła sama wystawić sobie autorka. Amen.

Krótki wniosek: jeśli uważacie, że poniższy tekst nie ma w sobie nic złego... Może przystopujcie i działalność literacką ograniczcie do minimum.

Wyszłem na podwórze
Spojrzałem ku górze
Nad lasem lecą łabędzie
chyba wiosna będzie.