Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Killuś. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Killuś. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 11 lutego 2013

Chaotyczna wykładnia
blogowej demokracji.



Mój artykuł w zamyśle nie jest ani odpowiedzią na ten napisany przez Leeshkę zaledwie kilka godzin temu, ani tym bardziej polemiką z nim, jednak ciężko mi będzie uniknąć odniesień i – właśnie – polemiki, więc nie mogę obiecać całkowicie odrębnego kawałka tekstu. Sama Leeshka rzuciła kiedyś hasło, że powinnyśmy zacząć przedsięwzięcie, które roboczo nazwane zostało Blogosferą na Dwa Głosy, a to chyba pierwszy akt tej współpracy, która sensu stricto nie miała miejsca, ale zbieg okoliczności wywołał wilka z lasu, więc czemuż by nie skorzystać z okazji i wyłowionego z odmętów pamięci terminu. Mój artykuł będzie dotyczył jedynie dwóch poruszonych przez Leeshkę tematów, które ona potraktowała marginalnie, zmierzając do głównego punktu programu. Ja się natomiast zajmę nimi szerzej, zapewne przedstawiając zupełnie inny punkt widzenia, wachlarz poglądów i argumentów, i finalnie dojdę do innych wniosków, jednak czyż to nie cudowność demokracji, że możemy się tak po prostu nie zgadzać, a mimo to dalej żyć w spokoju?

Grupowcowe Kolesiostwo
Załóżmy sobie taką sytuację – dawno, dawno temu autor A i autor B poznali się w mniej istotnych okolicznościach, ale powiedzmy, że był to jakiś onetowski blog epoki kamienia łupanego, dogadali się i od tamtych czasów za rączki tułają się przez blogosferę. Stworzyli razem setki historii, które ujrzały światło dzienne lub pozostały jedynie pewną koncepcją na przyszłość albo i zostały wymyślone tylko po to, żeby zająć się czymś podczas ataku dojmującej nudy. Wszystko jedno, sprawa sprowadza się do tego, że A i B dobrze się znają, wiedzą, co lubią i czego nie lubią, po prostu świetnie im się współpracuje, bo ogarniają wzajemne oczekiwania względem postaci, ich relacji i wydarzeń z ich życia.
Jeśli próbujemy stworzyć związek (mówimy tu stricte o miłości, nie o zwykłym powiązaniu) pomiędzy postaciami, kiedy autorzy się nie znają, nie korzystając przy okazji z gotowych bohaterów, ale wymyślając własnych, jesteśmy skazani na pisanie wszystkiego od początku. A to zajmuje sporo czasu. W tym momencie powstaje pytanie – czy czasu wystarczy przed zgonem grupowca, żeby choćby dojść do momentu, kiedy i autorzy i bohaterowie znają się na tyle dobrze, żeby stworzyć sensowny związek? Jasne, to co pomiędzy autorami zostaje i może zostać wykorzystane do stworzenia relacji postaci na innym blogu. Można oczywiście próbować ustalić powiązanie ‘z przeszłości’, jednak żeby postacie pozostały spójne, nie można robić zbyt wielkiego zamieszania kontaktami sprzed lat, bo – jak pisałam wcześniej – zdarzenia kształtują charakter. Już rozumiecie do czego zmierzam? Dokładnie do tego, o czym mówiłam akapit temu – autorzy poznają swoje oczekiwania, blogowe skłonności i zaczynają się w efekcie rozumieć. Jeśli zagra – będą się częściej pojawiać razem i tworzyć  bohaterów bardzo mocno ze sobą związanych.
Dziwnym zjawiskiem byłoby dla mnie nagłe porzucenie pisania ze swoim ‘towarzyszem broni’, nawet jeśli nie wiem jak bardzo miałoby to poszerzyć możliwości wątkowania i rozwoju blogowego. Dla mnie grupowce to wciąż sposób na rozrywkę, a nie sposób na życie, ale nie oznacza to, że moje relacje z niektórymi z autorów istnieją tylko dlatego, że dobrze nam się pisze i na tym są oparte. Z jednym z członków mojego ‘blogowego stada’ mieszkam, drugiego znam od pięciu lat i wymieniamy jakieś tysiąc osiemset siedemnaście milionów smsów dziennie. Leeshka spojrzała na ‘problem’ z perspektywy (uwaga na bardzo idiotyczne słowo) ofiary, chociaż w moim przekonaniu nie ma tu nawet czego tak naprawdę roztrząsać. Nie ma, bo żeby uszczęśliwić wszystkich zbulwersowanych zjawiskiem stadnego pojawiania się dobrze dogadujących się autorów, trzeba by im nakazać zaprzestania kontaktów, a kto ma do tego niby prawo? Demokracja już po raz drugi dzisiaj jest po mojej stronie.  
Być może cierpią na tym nasze wątki, być może niezdrowo podniecamy się swoimi beznadziejnymi kartami, być może to kogoś odstrasza (chociaż szczerze wątpię, bo autorzy grupowców mieszają się i migrują, ale mimo wszystko to stosunkowo stała grupa), być może tak nie powinno się dziać, żeby świat był lepszym miejscem, ale… Właśnie – ale. Ale tworzenie postaci przez dobrze znających się autorów to nie tylko proces sprowadzający się do formuły ‘okej, ona ma 35 lat, on 40, znają się od studiów, od 10 lat są małżeństwem, mają dwójkę dzieci i psa rasy owczarek nizinny’, a cała reszta rozgrywa się niezależnie w dwóch oddzielnych umysłach, czyli bohaterowie powstają każdy sobie, a ostatecznie dogrywa się tylko to, co musi być dograne, żeby historia… zagrała. Z własnego doświadczenia mogę powiedzieć, że tworzenie historii z autorem, którego zna się od dłuższego czasu to cała plątanina pojawiających się stadami pomysłów i scen, z których trzeba wybrać te, które stworzą najlepszą historię, oczywiście subiektywnie najlepszą. To po prostu frajda tworzenia tego, co w warunkach wątkowania ‘obcego z obcym’ jest praktycznie nie do zrobienia. Dlaczego? Ano dlatego, że podczas prowadzenia dialogu w momentach, które z braku lepszego określenia nazwać można zapalnymi, autorzy mają tendencję do porzucania koncepcji postaci, która zasugerowała, że można zastosować takie rozwiązanie, jakie ostatecznie doprowadziło do tego, co w intencji piszącego nie miało mieć miejsca. Wytłumaczenie pokrętne, więc przykład – absolutnie spokojna dziewczyna nagle okazuje się złośliwą i sarkającą na prawo i lewo bestią, bo jakiś facet z gatunku bezczelnych powiedział jej coś, co nie spodobało się autorowi dziewczyny. Takie sytuacje w przypadku dokładnie przegadanej znajomości nie mają miejsca, a sama znajomość trwa i nie staje się jedną wielką obroną własnej postaci i jej dominującej pozycji.
Bodaj tylko raz (a przynajmniej ten jeden jestem sobie w stanie przypomnieć) pojawiłam się na blogu tylko po to, żeby stworzyć postać i popisać wątki z jedną osobą - czyli nie miałam zamiaru nikomu ich proponować, ale nie miałam też nic przeciwko pisaniu z innymi autorami, jeśli oni będą mieli taką chęć - a sam grupowiec służył jedynie temu, żeby było to gdzie ekshibicjonistycznie upublicznić, chociaż sprawę można było od początku do końca poprowadzić na GG czy gdziekolwiek. Tutaj dochodzimy do sedna mojego poglądu na tę kwestię – pisanie na blogach jest frajdą. Przede wszystkim. Mi sprawia przyjemność to, że mogę sobie napisać lepszą lub gorszą kartę, poszukać wątpliwej jakości i adekwatności gifów, opublikować to wszystko i czekać na odzew. I wiecie co? Ten rzadko bywa entuzjastyczny, a powodów upatruję w tym, że zasadniczo piękny zwyczaj czytania kart odchodzi w niepamięć, co z kolei wynika z faktu zbierania się autorów w grupy i podgrupy, które nawiedzają różnorakie grupowce, żeby realizować swoje, wcześniej już przemyślane, pomysły. I wiecie co? Mi to odpowiada, bo jednocześnie nie wchodzę nikomu w paradę, zaburzając jego plany i marnując czas na męczenie wątku, na który nikt nie ma tak naprawdę ochoty, i mam swoją historię do zrealizowania, ze swoją podgrupą. Jeśli któryś z autorów nie jest ‘członkiem stada’, zapewne lojalnie przeczyta karty i chętnie pomyśli nad wątkiem i powiązaniem, żeby też mieć trochę radości z faktu bycia współtwórcą dowolnego grupowca. Większość ‘stadnych’ autorów, ze mną włącznie, jest super-chętna na pisanie z tymi, których nigdy wcześniej nie widziało na oczy, bo to – tak całkiem niefilozoficznie i pospolicie – fajne i ekscytujące.
Blogi to nie komunistyczne wspólnoty, gdzie każdy dostaje taki sam przydział popularności postaci, ilości komentarzy do napisania, zachwytów do wylania, fochów do strzelenia i błędów do odnalezienia. Blogi to nie społeczności dyktatorskie, gdzie jest jeden, który wyznacza kierunek i wybiera, kto ma z kim pisać, które postacie mają się dogadywać, którzy autorzy mają porzucić prywatne kontrakty i skasować swoje numery telefonów, bo to uczyni z nich zakochanych we własnej twórczości nieobiektywnych frajerów, zupełnie niezainteresowanych tym, co się dzieje wokół. Obiektywizm nie istnieje i ktokolwiek chciałby mnie przekonać, że jest inaczej, może skończyć, zanim w ogóle zacznie. Ogarnięcie spojrzeniem struktur występujących na grupowcach prowadzi nas do wniosku, że są to społeczności, na których kwitnie demokracja, bo nikt nie może nikogo wcisnąć w szereg i postawić wymogów, co do ilości prowadzonych wątków i liczby zaangażowanych weń autorów. Podobnie jak nie może wybrać, z kim ma się komu pisać najlepiej i kto do kogo pasuje na tyle, żeby zdecydować się na jakieś głębsze relacje pomiędzy postaciami. Pamiętajcie o tym wszyscy ci, którzy będą kiedykolwiek sfrustrowani pojawiającymi się na blogach grupkami autorów, którzy zapisali się tam głównie po to, żeby zrealizować swój wcześniej ułożony plan. Nikt nie broni podchodzić do ‘stadnych’ postaci, dźgać ich kijaszkiem pod żebrami i domagać się wątków. Gwarantuję wam, że zdecydowanie większy procent będzie zainteresowany współpracą, niż zajęty jedynie swoimi sprawami i jedną jedyną postacią, oczywiście autorstwa dobrego znajomego.

Forma Karty Postaci
Kart Postaci napisałam w swoim życiu undecylion, bo jestem jednym z tych, którym taką samą przyjemność sprawia tworzenie postaci, jak i jej prowadzenie, więc nie płaczę gorzko, kiedy blog skona, zanim jeszcze zdąży chociaż minimalnie się rozwinąć. Karty w moim wykonaniu są najróżniejsze – długie, krótkie, lepsze, gorsze, kulturalne jak przeciętny franciszkanin,  wulgarne jak Pan Mietek Spod Sklepu pod wpływem Amareny, dosłowne, niedosłowne, konkretne, abstrakcyjne – wszystko było, od Osbourne’a do Mozarta. Jednak celem było zawsze to samo – przekazanie informacji o bohaterze. Zazwyczaj stosunkowo wielu informacji, bo nie wierzę w odkrywanie postaci przez współautorów w trakcie pisania wątków. Takie koncepty kończą się zazwyczaj wyłonieniem naprawdę bardzo mało oryginalnego bohatera, którego tajemniczość sprowadza się do prostego chamstwa. Trzeba było napisać, że jest ona(a) najzwyklejszym w świecie prostaczkiem, ja tam nie mam nic przeciwko prostaczkom.
Pochylmy się więc nad tą w moim przekonaniu główną funkcją Karty Postaci – przekazaniem informacji. Nie obchodzi mnie, w jakiej formie to będzie miało miejsce, byle by szanowało zasady języka polskiego i nie zawierało elementów, których poziom realizmu plasuje się gdzieś pomiędzy gadającym smokiem w roli zwierzątka domowego a Thorinem Dębowa Tarcza tańczącym Gangnam Style w drugiej części ekranizacji Hobbita. Kolejnym istotnym zadaniem jest selekcja tychże informacji, ale o tym już artykuł był, jeśli mnie pamięć nie myli, więc ja skupię się na samej formie.
Chociaż tradycją jest poszukiwanie kwiatków wszelkiego typu, dzisiaj sobie to daruję i posłużę się swoimi własnymi kartami, bo narzuciłam sobie zasadę, że nie będę rzucać tu nickami autorów feralnych fragmentów, a żeby tego uniknąć, musiałabym skopiować całość Karty, a to z kolei nie ma sensu.
Mamy standardową opisówkę, mamy coś pomiędzy i mamy wersję czysto skojarzeniową. W przypadku opcji pierwszej czytelnik ma wszystko podane na srebrnej tacy, chronologicznie ułożone i jego zadaniem jest tylko nadążyć za procesem rozwoju postaci, który został przedstawiony konkretnie i jasno, więc żadnego problemu z tym nie będzie. Dlaczego akurat tak? Bo blog o mafijnych rodzinach wymagał zarówno wywodu o procesie zyskiwania aktualnej pozycji, jak i informacji o stosunkach bohatera z członkami własnej familii oraz dokładnego opisu osobowości, żeby wymyślanie wątków miało ręce i nogi. Druga Karta skupia się na opisie procesu, który nadal trwa, ale jego poszczególne etapy miały jakieś cechy charakterystyczne i podczas lub pomiędzy nimi pojawiały się jakieś wydarzenia. Cała reszta informacji, na przykład dotyczących osobowości, jest przemycona gdzieś między wierszami, jednak w sposób stosunkowo oczywisty i bardzo mocno powiązany z samym opisywanym procesem. Powód takiego a nie innego ujęcia jest prostu – mamy do czynienia z członkiem relatywnie niewielkiej społeczności, gdzie informacje rozchodzą się szybko, ale dotyczą one nie przymiotów ich głównego bohatera, ale jego słów, czynów i decyzji. Popularna ostatnio forma ‘cytatowa’ ma w moim przekonaniu zdecydowanie więcej sensu, niż się niektórym wydaje. Nie sprowadzałabym tego konceptu do wrzucania kilku bezsensownych kawałków tekstu i publikowania tego jako dzieło współczesnej literatury, bo umiejętne wybranie owych zdań wymaga jednak trochę wysiłku i pomyślunku, podobnie jak wyciągnięcie informacji o bohaterze z takiej Karty wymaga tego drugiego. Pobawiłam się w wyjście poza granice zdarzeń i udałam, że nie napisałam tej karty, ale czytam ją jako odbiorca tekstu, który pierwszy raz widzę na oczy. Siląc się na nieistniejący obiektywizm, przede wszystkim dowiedziałam się sporo o osobowości i zawodzie bohatera, co na tym konkretnym blogu  jest najistotniejsze, bo nie wiem jak wy, ale ja poza drobnymi wyjątkami nie mam zielonego pojęcia o życiu prywatnym swoich wykładowców, a jedyne z czego ich znam, to zachowanie podczas zajęć, na które z kolei ma wpływ osobowość. Zgadza się z koncepcją? Zgadza się.
Przy czytaniu Kart Postaci pamiętać należy przede wszystkim o tym, że zazwyczaj nie są one pisane bezmyślnie (i nie mogą być bezmyślnie czytane!), a wybór określonej formy implikuje określone konsekwencje w finalnej kreacji bohatera. Poukładany, rzeczowy i w gruncie rzeczy spokojny Andrea dostaje konkretny, logiczny i może mało twórczy, ale adekwatny opis, w którym zawarte są klarowne informacje. Nie ma powodu, żeby taką samą formę zastosować w przypadku standardowego włościanina (żeby nie powiedzieć dosadniej – chłopa) Grzegorza, skoro o wiele lepiej jego koncepcję oddaje ta nieco chaotyczna, jednoakapitowa i poprzetykana wulgaryzmami anegdota o jednym takim, który robił głupoty całe życie, bo jest taki jak swój opis – bełkotliwy i niekoniecznie spójny, chociaż wciąż utrzymuje jakiś tam ciąg przyczynowo-skutkowy, a jego decyzje nie są irracjonalne. I na koniec zostaje szanowny pan Jakub, u którego absolutnie nieistotne są jakiekolwiek genezy czy procesy, ale to jakim jest teraz, w tym konkretnym momencie. Dodatkowo poziom zażyłości z innymi bohaterami będzie w większości przypadków stosunkowo niski, więc fragmentaryczne informacje podane w formie wrzutki wszystkiego, co się nawinie, są jak najbardziej wystarczające. Jeśli ktoś będzie zainteresowany powodem zaistnienia jakiegoś stanu rzeczy, nic nie stoi na przeszkodzie, żeby się tego dowiedzieć podczas prowadzenia wątku.
Wstrzymałabym się zdecydowanie od sztywnego wskazywania jedynej słusznej formy pisania Kart, żeby wszyscy byli zachwyceni, bo zazwyczaj wybór sposobu przekazania informacji ma jakieś tam podstawy i nie wziął się znikąd. Jeśli ktoś natomiast lubi tworzyć w swoim sprawdzonym stylu i zawsze w tej samej formie – droga wolna, ma do tego takie samo prawo jak ja do kombinowania i szukania powiązań techniczno-performacyjnych. Zawsze można coś napisać inaczej i zawsze znajdzie się ktoś, kto wie lepiej, ale ja mimo wszystko sugerowałabym jednak wzięcie pod uwagę kilku czynników, które odwieść powinny od krytykowania czegoś, co tak naprawdę jest w jakiś sposób uzasadnione, zwłaszcza jeśli nawet nie pojęło się istoty tego uzasadnienia. Dla mnie sensowną krytyką Karty Postaci jest zwrócenie uwagi na błąd merytoryczny, język na poziomie żenującym lub brak realizmu, natomiast jeśli realistyczna postać ma Kartę napisaną z poszanowaniem reguł języka ojczystego i zgodnie z zasadami świata, na którym żyjemy – dałabym sobie spokój, nawet jeśli forma doprowadzałaby mnie na skraj. Mi również wiele rzeczy się nie podoba, całe tabuny postaci mnie drażnią i wywołują we mnie mniej lub bardziej spektakularne ataki chichotu albo wrze we mnie przekonanie, że zrobiłabym to lepiej, ale… autor ma prawo robić tak, jak mu się żywnie podoba. Możemy sobie tu tworzyć klasyfikacje blogowych zjawisk i udzielać dobrych rad, ale nikt nie ma prawa nikomu narzucać tego, jak ów ma pisać, bo to jego sprawa, jego przyjemność tworzenia i jego koncepcja.
Demokracja sponsoruje dzisiejszy artykuł.

sobota, 5 stycznia 2013

Szafa gdańska, różowy dres i pomidory.
Czyli o opisywaniu charakteru.



disclaimer – w artykule występują potężne uogólnienia, żeby nie zajął dwudziestu stron i nie stał się rozprawą psychologiczną, do której tworzenia nie mam zresztą podstaw teoretycznych

Suchy opis charakteru to w moim odczuciu stosunkowo zbędny element. Zanim podniosą się głosy sprzeciwu, niechże będzie mi dane wyjaśnić, jak zapatruję się na ujmowanie osobowości bohatera przy tworzeniu karty postaci, żeby w moim świecie można ją było uznać za satysfakcjonującą. Ciężko stworzyć jedną formułę i nakazać wszystkim stosować się do niej bezwzględnie, bo ktoś zarządził i nie ma wyjścia, trzeba pisać wedle jego widzimisię. Ale można się oddać refleksji, jak opisywać charakter, żeby było oryginalnie, przyjemnie i - przede wszystkim - sensownie. Zaczynajmy w takim razie, pomijając tradycyjny Killusiowy wstęp długości przeciętnej pracy doktorskiej

Większość zgodzi się z twierdzeniem, że ludzie są różni - są tacy i owacy, a zdarza się, że są jeszcze inni. Czyli liczba potencjalnych osobowości zdaje się być niewyczerpana, prawda? Prawda (tak, lubię sama sobie odpowiadać na pytania). Co z kolei prowadzi nas do jasnego wniosku, że każdy stworzony bohater może być obdarzony przez autora innym charakterem. Owszem, możliwości są niemalże nieograniczone, jednak psychologia to nie zjawisko, w którym panuje absolutna anarchia; powstawaniem osobowości kierują pewne zasady. Jeszcze prościej? Charakter człowieka nie może być niespójny i oparty na paradoksach, bo niebezpiecznie zbliżamy się wtedy do ideału mężczyzny według sfrustrowanej części kobiet, a ten biedny facet jest skazany na rozszczep osobowości, jeśli chciałby spełnić wszystkie wymagania. Czyli, tak całkiem łopatologicznie, tworząc bohaterów o niespójnych charakterach, skazujemy ich na schizofrenię. Nieuświadomioną do tego.
Nie mam zamiaru w tym artykule wyjaśniać procesu konstruowania osobowości, bo każdy z czytelników miał okazję przeżyć przynajmniej kilkanaście lat na tym świecie i jeśli dobrze się zastanowi, będzie w stanie prześledzić rozwój swojego własnego charakteru na przestrzeni lat i znaleźć okresy, w których coś się zmieniało, a jedne cechy były zastępowane przez inne. Taka autorefleksja może się zresztą przydać, ale to nie jest grupa wsparcia (i ja nie czuję się kompetentna, żeby wypowiadać się na tematy związane stricte z psychologią), więc postaram się skupić na kwestii, której artykuł sam w sobie ma dotyczyć. Czyli na charakterze bohatera blogowego i jego opisie.

Jeśli według zasobu posiadanej wiedzy, realiów kulturowych i całej masy innych czynników jesteśmy w stanie stwierdzić, że coś jest jednoznacznie białe, nie może być to czarne. Brzmi jak oczywista oczywistość i zasadniczo jest to oczywistą oczywistością, bo poddaje się regułom bardzo ogólnie rozumianej logiki. W bardzo poważnym uproszczeniu można stwierdzić, że również cechy charakteru poddają się tym prawom, jednak muszę powtórzyć, że w tym momencie naprawdę upraszczam sprawę. Człowiek nerwowy postępuje jak człowiek nerwowy, więc w pewnych momentach swojego życia podejmuje nieprzemyślane decyzje, bo działa wedle impulsów, których powodem powstania jest właśnie ta nerwowość. To nie oznacza, że nie da się być nerwowym racjonalistą, ale na pewno nie da się być z gruntu nerwową oazą spokoju. Wyobraźmy sobie nerwowego racjonalistę podczas kłótni. Ma rzeczowe argumenty, myśli logicznie i jednocześnie jest pod wpływem silnych emocji, które wytwarzają choleryczną otoczkę całej dyskusji. Mamy to. Natomiast nie jesteśmy (a przynajmniej ja nie jestem) sobie w stanie wyobrazić jak zachowywałby się podczas kłótni drugi wymieniony typ – nerwowa oaza spokoju, bo to są dwie cechy, które traktowane jako równoważne absolutnie się wykluczają. Wyjściem z tej sytuacji jest stwierdzenie, że określony bohater jest człowiekiem z gruntu spokojnym, jednak wyprowadzony z równowagi ma skłonność do nerwowych reakcji. Czytający to zdanie zapewne stwierdzi, że to ten typ, który nie zrobi awantury tramwajowej emerytce o potrącenie go torebką, ale przy nagromadzeniu frustrujących czynników jego stoicki spokój może zostać w znaczący sposób zachwiany. To ma sens i jest spójne, jednak nie nadaje się do określenia mianem postępowania człowieka, który jest jednocześnie spokojny i nerwowy. Mam nadzieję, że to pokrętne wyjaśnienie w jakikolwiek sposób było zrozumiałe, a sprowadza się do samych podstaw tworzenia tekstu – odpowiedniego doboru słów, który nie pełni jedynie roli ozdobnika, ale w większości przypadków odpowiada za sensowność tego, co piszemy.

Najłatwiej będzie przedstawić na konkretnym przykładzie zjawisko blogowej schizofrenii.
Rozbrykany, tajemniczy, irytujący. Nieco odważny, czasami tchórzliwy, jak to zwykle bywa u ludzi. Ryzykant. Strasznie leniwy, uparty i pyskaty. Czasami mówi prawdę, a czasami kłamie prosto w oczy.  Czasami buntuje się przeciwko nałożonym nakazom i zakazom. Małomówny samotnik, który unika towarzystwa (chociaż czasami i takowym nie pogardzi). Kłótliwy psotnik. Cierpliwy, w miarę spokojny i opanowany, jednak jest obojętny na to co się wokół niego dzieje. Bystry i błyskotliwy. Skłonny do bójek i bijatyk (alkoholowe imprezy, także często odwiedza). Sprytny, często ironizuje (więc ironia i sarkazm, nie są mu obce). Urodzony improwizator (można by rzec, że jego całe życie to czysta improwizorka). Klnie jak szewc, ale jemu to nie przeszkadza. Uważa, że każdy wyraża emocje na swój sposób.
Pomińmy kwestię tego, jakiej jakości jest sam tekst, a zajmijmy się tym, co przekazuje, bo to o wiele ciekawsze niż wynurzenia o braku stylu, ładu i składu. Blogowa schizofrenia w pełnej krasie, mili państwo! I jednoczesna próba stworzenia tego, o czym już pisałam wyżej – faceta idealnego, który ma spełnić wszystkie możliwe wymagania, więc być jednocześnie spokojnym i szalonym, grzecznym i zbuntowanym, troskliwym i szorstkim i tak dalej, i tak dalej.
Należy umieścić ten fragment w pewnym kontekście. Cała karta pisana jest z perspektywy narratora wszechwiedzącego, który z założenia zna postać dokładnie taką, jaka ona jest. Nie mamy tu więc do czynienia z częstym zabiegiem tworzenia karty na zasadzie pierwszego wrażenia, jakie sprawia postać i rozwijania tego wrażenia, zdradzając coraz to więcej szczegółów na jej temat.
Cechy zielone tworzą obraz standardowego złego chłopca, buntownika przeciwko wszystkiemu i wszystkim, być może nawet uroczego awanturnika, który w połączeniu z przyjemną buźką zyskałby grono fanek, gotowych rozłożyć nogi swych bohaterek przed tym niesamowicie pociągającym zjawiskiem.
Cechy czerwone należałoby przypisać raczej posępnemu intelektualiście, który usiłuje być głęboki i z własnej woli poddaje się towarzyskiemu ostracyzmowi, żeby poświęcić długie godziny na rozmyślanie o kwestiach, które przeciętnemu Kowalskiemu zbyt często głowy nie zaprzątają, więc ktoś musi zajmowanie się nimi uznać za swój pomysł na życie. Również pociągający typ.
Sformułowania podkreślone w cudowny sposób pokazują nam niespójność charakteru opisywanego bohatera, co sam autor – pewnie nieświadomie – podkreśla użyciem określonych słów (np. wszechobecne czasami). Nie wiem jak wy, ale ja mam dziwne przekonanie, że człowiek mający daną cechę charakteru dysponuje nią przez cały czas, dopóki stanie się coś, co zmieni jego osobowość. I coś raczej nie jest inną fazą Księżyca, ale pewnym znaczącym wydarzeniem. Tutaj również przydałby się jakiś przykład, ale tym razem będzie on po prostu wymyślony na poczekaniu i bardzo banalny.
Nasz bohater ma na imię, powiedzmy, Cameron. Cameron żyje sobie spokojnie z poślubioną przed kilkoma laty kobietą - Kimberly. Nic nie zapowiada tragedii, gdy pewnego poranka Kim czeka jak co dzień na przejściu dla pieszych na zielone światło. Poprzedniej nocy panowała niska temperatura, a Kimberly wychodzi z domu bardzo wcześnie, więc a drogach jest ślisko, a warunki do jazdy nie są najlepsze. Gołoledź zbiera straszne żniwo – kierowca samochodu traci panowanie nad pojazdem i uderza w kobietę, zabijając ją na miejscu. Dotąd radosny, beztroski i nieco niedojrzały Cameron z dnia na dzień jest zmuszony stawić czoła ogromnej stracie, która sprawia, że staje się innym człowiekiem – zgorzkniałym, niespokojnym i wiecznie przygnębionym pesymistą. Nie może jednak bez końca trwać w żałobie, więc nie dając sobie samemu rady z akceptacją zaistniałej sytuacji, postanawia rozpocząć terapię, która po wielu miesiącach przywraca mu spokój i na nowo uczy czerpać radości z życia.
Przykład okrutnie oczywisty, jednak na nim widać dobrze wydarzenia, które sprawiły, że osobowość bohatera uległa znaczącej zmianie. Najpierw mamy moment – jedno wydarzenie wywraca życie postaci o sto osiemdziesiąt stopni, a tym samym czyni go zupełnie innym człowiekiem niż ten, którym był przed zaistnieniem całej sytuacji. Później – długotrwały proces, którego ostatecznym efektem jest kolejna transformacja. Bohater nie zapomniał jednak o tym, kim był przez całe swoje życie i jak wyglądała jego osobowość w określonych odcinkach czasu, co również wpływa na teraźniejszy jej obraz.
Mam nadzieję, że moje wnioskowanie jest względnie jasne, a jeśli znów wpadłam w swoją manierę rozwlekania i plątania wszystkiego tak bardzo, jak to tylko możliwe, esencja brzmi następująco – człowiek jest tchórzliwy/spokojny/tajemniczy, dopóki określone okoliczności nie sprawią, że stanie się odważny/niespokojny/otwarty.
Ta zasada nie dotyczy oczywiście cech, których ujawnienie się jest sprzężone z sytuacją, napotykanymi ludźmi, nastojem i innymi czynnikami mniej lub bardziej zależnymi od bohatera. Jednak to zupełnie inna kwestia, którą każdy może zaobserwować na sobie. W otoczeniu niewielkiej grupy przyjaciół introwertyk będzie zachowywał się inaczej niż w momencie, kiedy znajdzie się w dużym zbiorowisku obcych ludzi. Szalonego ekstrawertyka zajmowana posada zmusić może do odsunięcia na dalszy plan zestawu cech, który każe mu robić setki zwariowanych rzeczy, bo podczas spotkania z poważnym kontrahentem liczyć się będzie przede wszystkim umiejętność prowadzenia rzeczowej rozmowy w oficjalnym tonie. Takie zjawisko nie trąci schizofrenią, ale jest wyrazem tego, jak wiele zależy od sytuacji i otoczenia. Podobnie dzieje się, kiedy spotykamy przyjaciela i osobę, za którą nie przepadamy – ujawniają się zupełnie inne cechy charakteru, co nie znaczy, że sama osobowość jest niespójna.
Przy okazji dowiedziałam się, że obojętność to przeciwieństwo spokoju, opanowania i cierpliwości. Ale to tak tylko na marginesie.

*

Kolejna kwestia to sam opis charakteru postaci. Na początku powstaje pytanie, czy w ogóle oddzielać go od biografii, skoro równie dobrze można wpleść cechy osobowości postaci do opowieści o jego życiu. Ja osobiście jestem zwolenniczką tej właśnie opcji, ale zdarza mi się również dopisać kilka zdań na temat charakteru, łącząc ten skromny opis z zainteresowaniami bohatera i małym ‘śmietnikiem’ ciekawostek na jego temat. Przyjmijmy, że przez chwilę nie jestem Killusiem, ale osobą, która wybrałaby oddzielenie opisu osobowości postaci od jej biografii i zastanówmy się nad tym, jak tego dokonać, żeby nie było banalnie, miałko i ogólnie rzecz biorąc wtórnie, beznadziejnie i niefajnie. A to wcale nie takie proste zadanie.
 Nie chcę robić za naczelną Ciocię Dobra Rada, która zjadła wszystkie rozumy i zna receptę na sukces w każdej kategorii, dlatego nie napiszę, jak według mnie powinien wyglądać doskonały opis charakteru. Czyli – w domyśle – jak ja je tworzę, bo nawet moje samouwielbienie nie idzie tak daleko, żeby swoje zapatrywania i wytwory uważać za najlepsze i jedyne-słuszne. Dostaniecie ode mnie mini poradnik dotyczący głównie tego, czego pod żadnym pozorem robić nie należy.

Najpierw polecałabym zastanowić się, jaki bohater ma być. Brzmi jak kolejna oczywista oczywistość i rada rodem z tygodnika Naj, ale… serio, przemyślcie to, zwłaszcza w odniesieniu do biografii postaci. Tutaj mamy do czynienia z dwoma sprawami, które należy wziąć pod uwagę – realizm i argumentacja. Nikt nie powiedział, że bohater, którego dzieciństwa nie da rady nazwać idyllicznym nie może być po latach wrażliwym i otwartym optymistą, a ten wychowany pośród dostatku koniecznie musi wyrosnąć na miłującego jedynie pieniądze chama. Jednak tu pojawia się pytanie, dlaczego właśnie tacy nasi panowie są teraz, skoro ich szczenięce lata raczej to uniemożliwiają. Czytelnik nie domyśli się sam, że bohater, który w dzieciństwie przeszedł przez piekło wszelkiej patologii, spotkał w pewnym momencie swej życiowej drogi pewną osobę i to ona swoim zachowaniem, słowami i czynami sprawiła, że naszemu panu zmieniło się patrzenie na świat. Przykłady powodów ukształtowania charakteru w taki czy inny sposób można by mnożyć, jednak sprowadza się to wszystko do najważniejszej sprawy – argumentacji. Niezgodne z ogólnie pojętą logiką cechy pozostawione bez odpowiedniego wydarzenia, człowieka lub procesu, który uargumentuje zmianę poprzedniego stanu rzeczy, wyglądają dziwacznie i tworzą przepaść pomiędzy wydarzeniami z życia bohatera a tym, jaki on w zasadzie jest. Kształtowanie się charakteru funkcjonuje na jakichś zasadach, jak już wspomniałam – nie działa jak jedna wielka anarchia, wiele zależy od wychowania, kultury, przeżyć i całej masy innych czynników, których zidentyfikowanie nie jest skomplikowane, jeśli na tym pięknym świecie spędziło się już trochę czasu. A najprawdopodobniej nikt z grona autorów blogów grupowych nie przyleciał z odległej planety, gdzie wszystko funkcjonowało inaczej. Ale jeśli taki by się znalazł, chętnie go poznam.
Co się zaś tyczy samego opisu, przede wszystkim zrezygnowałabym z formuły zakładającej stworzenie suchej listy cech, bo to jest po prostu mało atrakcyjne, a mało atrakcyjne teksty nie wzbudzają zainteresowania, czyli mogą zostać pominięte, co w przypadku blogów grupowych pożądane nie jest. Sporządzenie prostego spisu nie wymaga również szczególnie wielkiego kunsztu pisarskiego, a przecież publikowane gdziekolwiek twory świadczą o autorze, spod którego ręki wyszły. A ja w końcu żyję w idealnym świecie tęczy i jednorożców, gdzie ludzi interesuje, jak współbracia w blogerstwie odbierają to, co czytają i nie mają wymagań na tyle niskich, żeby zadowolić ich mógł na przykład cytowany wyżej fragment.
Zadbać należy o to, żeby opis charakteru postaci dało się w jakikolwiek sposób wpisać w ramy tekstu literackiego, czyli przedstawiającego określony styl, konsekwentnego, składnego i spójnego. Powinien być również atrakcyjny dla odbiorcy, a więc, oczywista sprawa, poszczególne informacje układamy w zdania tak, żeby fragment miał konkretną, jasną strukturę i – mówiąc bardzo literacko – trzymał się kupy. Chaos jest zrozumiały tylko w momencie, kiedy stanowi pewnego rodzaju koncepcję, odpowiadającą bohaterowi, o którym piszemy, a nieumiejętność sensownego przekazywania swoich myśli bardzo łatwo odróżnić od użycia kontrolowanego chaosu jako konceptu tworzenia tekstu. Przykład? Jasne! Niezorganizowany opis ułożonego prawnika od razu rzuca się w oczy jako niekonsekwentny i kiepski warsztatowo, natomiast chaos w przedstawieniu charakteru bohatera, który sam funkcjonuje w podobny sposób, jest jak najbardziej do przyjęcia i w sposób oczywisty przystaje do całości, jaką tworzyć powinna karta postaci i opisany w niej człowiek.
Gdybym miała rozpisać się na temat najbardziej irytujących typów osobowości bohaterów blogów grupowych, prawdopodobnie stałabym się pierwszym mieszkańcem planety Ziemi, któremu udało się dotrzeć na koniec dokumentu w Wordzie, więc po prostu zignoruję tę jakże atrakcyjną perspektywę wylania swoich żali i przejdę do kwiatków.

*

Sabina chodź jest egoistką, jest kobieca i elegancka.
Egoistki, mili państwo, zazwyczaj mają tyłki jak szafa gdańska i plecy z obu stron, brak im wcięcia w talii, ponętnych blond loków i nóg rozpoczynających się w okolicach szyi, a swoją niekobiecość odziewają w worki po ziemniakach lub różowe kreszowe dresy.

Prywatnie gburowaty i mimo świetnego wykształcenia jeżeli kogoś nie lubi, to nie kryje swojego niezadowolenia podczas spotkań, rozmów, wywiadów.
Prywatnie gburowata gwiazda pomimo świetnego wykształcenia nie kryje swojego niezadowolenia podczas wywiadów, które są elementem życia publicznego tejże gwiazdy. Ma sens.

Ma własne zdanie na każdy temat i nigdy nie widzi powodu, by tego swojego zdania komuś nie przedstawić.
Czujecie to? Kiedy czekacie spokojnie na tramwaj, podchodzi do was jakaś nieobliczalna furiatka i wykrzykuje wam w twarz, że nie znosi pomidorów.

Zapewnię osoby które ją znają powiedzą wiecznie uśmiechnięta, wieczna optymistka, szukająca wróżek i wpatrująca się w gwieździste niebo wyszukując latającego holendra. Czasami jednak to maska, a raczej bardziej trafne było by użycie zwrotu, jedna strona monety.
Schizofrenia blogowo-językowa, prima sort.

Już mi się nie chce. Wam pewnie też, bo to w końcu piąta strona.

*

Zdaję sobie jednak sprawę z tego, że temat na pewno nie został wyczerpany, a gdyby artykuł napisała inna osoba, zwróciłaby uwagę na zupełnie odmienne aspekty, ale od tego mamy magiczny podpis na dole, żeby potwierdzić subiektywizm samego tekstu. Starałam się również ograniczyć ilość narzekania i jątrzenia się nad tym, jakie to zło i występek literacki panuje na grupowcach, bo w końcu spędzamy wszyscy długie godziny, tworząc karty i pisząc wątki, więc jakaś przyjemność z tego być musi. W moim przypadku nie przeważa sadystyczna satysfakcja patrzenia na to, jak współautorzy gwałcą język polski, jak słabe mają pomysły i jaka ilość szyderczego śmiechu wydobywa się z moich trzewi, kiedy czytam ich marne twory. Bo i przypadki takich autorów grupowców się zdarzają, ale im mogłabym poświęcić osobny artykuł, jednakże moje postanowienie noworoczne brzmi – trzymać częściej język za zębami.
Moja rada na koniec jest taka, żeby po stworzeniu karty postaci przeczytać ją jeszcze raz nie tylko pod kątem poszukiwania błędów w zapisie, ale również pod względem spójności bohatera jako jednostki ludzkiej. Sposób na to jest bardzo prosty – wyobrazić sobie scenkę rodzajową z życia postaci w momencie, w którym ta aktualnie się znajduje, postawić przed nią określony problem i biorąc pod uwagę wszystkie nadane jej przymioty zastanowić się, jak zareagowałaby na taką sytuację i dlaczego właśnie tak. Jeśli cokolwiek nie pasuje, niezwłocznie powinno być zmienione, a kolejny przypadek blogowej schizofrenii zostanie zduszony w zarodku. Pamiętajcie, że lepiej zapobiegać niż leczyć.

poniedziałek, 19 listopada 2012

Psychiatra je myszy jak kot.
CZĘŚĆ I



Dobra, rodacy, czas najwyższy skończyć z rozleniwieniem i jesienną depresją. Słowo klucz, jedno z wielu, do dzisiejszego artykułu już wymieniłam w poprzednim zdaniu, więc przejdźmy od razu do rzeczy.

Pisanie o tym, o czym nie ma się zielonego pojęcia w blogowej rzeczywistości jest tak stare jak ona sama. Jednak odnoszę dziwne wrażenie, że dopiero blogi grupowe umożliwiły rozlanie się fali pseudoznawstwa i niemożebnych bredni po naszym wspólnym padole. Bo oto jedni zieloni w temacie mają możliwość przedstawienia innym zielonym w temacie odrobiny całkowitej abstrakcji i lawiny absolutnych bzdur. To nie byłoby aż tak przerażające, gdyby nie jeden drobny szczegół – zieloni przekazujący wierzą, że mają rację, natomiast zieloni odbierający wierzą, że zieloni przekazujący mają rację, a oni jako odbiorcy mogą spokojnie wykorzystywać otrzymane informacje. Czyli tym samym przekazywać bzdety dalej. Tak to działa, mili państwo. Lektura kart na blogach, które stały się podstawą dzisiejszego artykułu umocniła tylko moje przekonanie, że ciasnota umysłowa się rozszerza, a razem z nią rozszerzają się całkowicie bzdurne przekonania i niemające żadnego związku z rzeczywistością przeświadczenia.

Zapyta ktoś – dlaczego mamy z tym walczyć? Przecież to blogi, internety, fikcja literacka. Ano, owszem, to blogi, internety i fikcja literacka, jednak mi jeszcze nie zdarzyło się spotkać z dobrą prozą, która byłaby oparta na niezweryfikowanej wiedzy. A stąd płynie jeden podstawowy wniosek (a raczej dwa… dwa w jednym) – albo, drogi autorze, sprawdzasz o czym piszesz i tworzysz losy swoich bohaterów w tej rzeczywistości, którą wszyscy znamy, albo kreujesz własną rzeczywistość i w niej umieszczasz swoje postacie i wydarzenia z ich życia. Tolkien tak zrobił, nie?

Form i odmian gadania od czapy blogosfera wyprodukowała całe mnóstwo. Wielość gatunków jest tak powalająca, że ogarnięcie jej na kilku zaledwie stronach dokumentu Microsoft Word byłoby niemożliwe. Dlatego zajmiemy się tylko jedną z odmian, a resztę pozostawimy na inną okazję, która na pewno się nadarzy. Najpierw przedstawmy systematykę naszego gatunku.

Królestwo: Blogowce
Typ: Wkurwogenne
Gromada: Wyniki Niewiedzy
Rząd: Bzdury
Rodzina: Bzdury Pseudonaukowe
Rodzaj: Bzdury Okołomedyczne
Gatunek: Bzdury Psychiatryczne

Mamy wstępną systematykę naszego gatunku, który poddamy mniej lub bardziej, to się jeszcze okaże, wnikliwym badaniom na obecność Wirusa 3A – Absurdu, Abstrakcji i Absolutnegobrakuwiedzy. Ten groźny nieprzyjaciel sensownego i zgodnego z zasadami panującymi w naszym świecie kreowania postaci na grupowcach ma swoje określone drogi wnikania do organizmu blogowego. Najczęściej rozprzestrzenia się pod postacią mrocznej nastolatki, która pół życia spędziła na uciekaniu z psychiatryka (sic!), a drugie pół na byciu zwolenniczką bardzo długiej kreski, najchętniej w towarzystwie butelki wódki (lub whiskey, jeśli autorka – bo jest to zazwyczaj Ona – ma już pierwsze picie wódki za sobą, czyli osiągnęła wiek zazwyczaj gimnazjalny) i tłumu mężczyzn. Element psychiatryczny jest tutaj niezbędny, bowiem ta mutacja wirusa 3A gnieździ się tylko w postaciach, które z tą przyjazną i sympatyczną instytucją kiedykolwiek miały do czynienia. Za kopalnię wiedzy niesamowitej posłużą mi dzisiaj dwa blogi, bracia – blogspotowy nieżywy od niedawna i onetowski martwy od zamierzchłych czasów. Oba dotyczą stricte życia w szpitalu psychiatrycznym i oba miałam przyjemność współtworzyć, więc poznałam tego smoka.

Na początek chciałabym szanownym czytelnikom wyjaśnić, dlaczego roszczę sobie prawo do napisania tego artykułu, skoro jestem przedstawicielem dokładnie tego samego klanu blogowych pisarzy co ci, których niewiedzę będę za chwilę udowadniać. Ano dlatego że na mojej półce pomiędzy Pilipiukiem a dwoma biografiami Johnny’ego Deppa kwitną dorodne psychiatryczne tomiszcza, które raczyłam przeczytać, a fragmentarycznie również w miarę dokładnie przyswoić. Zapyta ktoś po cóż mi to było; ano po to, żeby zaspokoić swoją ciekawość, która kazała mi zainteresować się również i tym tematem pośród paru innych oraz po to, żeby nie pisać bredni, jeśli już zabieram się za poruszanie określonego wyżej tematu w swoich literackich wypocinach.
Dość wstępów, przejdźmy w końcu do rzeczy – mieliśmy to wszak zrobić już stronę temu.

Wstępna diagnoza bzdurności:
  • Autorzy podejmujący się pisania o pacjentach szpitala psychiatrycznego nie mają pojęcia, jak ta instytucja funkcjonuje i jaki typ schorzeń przede wszystkim leczy się w takich miejscach.
  • Głównym powodem zainteresowania tematem jest jego kontrowersyjność, zaś poziom wiedzy autorów można w większości określić jako szczątkowy. I to nie byłoby aż tak dużym problemem, gdyby piszący zechcieli sięgnąć do dostępnych źródeł i dowiedzieć się czegokolwiek ze wskazanego zakresu.
  • Osoby trafiające do blogowych psychiatryków (sic!) są do siebie na ogół bardzo podobne, co wynika ze wspomnianego wyżej braku wiedzy i dążenia do jak najbardziej spektakularnej kreacji postaci.
  • Starszy, onetowski, brat roił się do dziwnych jednostek autorskich, które pragnęły stworzyć sobie drugi życiorys w internetach, więc próbowały przekonać całą resztę zacnego grona, jakoby opisywały własne doświadczenia.


BRAK WIEDZY
Tutaj można pisać a pisać, dlatego spróbuję przedstawić najgłówniejsze bzdury wynikające z tematycznego niedouczenia tworzących.
Gdyby porównać informacje zawarte w literaturze specjalistycznej i przypadki przedstawiane w filmach o psychiatrycznej tematyce, można by śmiało dojść do wniosku, że na ogół jedno do drugiego pasuje, ale kinematografia przedstawia przejaskrawione przykłady, absolutne ekstremum, które stanowi margines rzeczywistości. Tutaj powód jest łatwy do określenia – to się sprzedaje. Więcej ludzi z wypiekami na twarzy obejrzy film o psychopatycznym mordercy, który ma tak bardzo nierówno pod sufitem, że po seansie cieszymy się z jego funkcjonowania jako postaci fikcyjnej, niż przeniesioną na ekran historię walki z depresją jakiegoś przeciętnego człowieka, niestanowiącego zagrożenia dla nikogo poza sobą. Pierwsze to emocjonujące, szokujące i, biorąc pod uwagę świadomość, że mamy do czynienia z obrazem filmowym, należące do świata rozrywki zjawisko, drugie jest po prostu monotonne, ciężkie i mało ekscytujące dla szerokiej publiczności. Z tym samym mechanizmem mamy do czynienia na blogach. Jest tylko jeden problem. Gdy na grupowcu mamy trzydzieści postaci, z których każdą można umieścić w tym ekstremum, żadna z nich nie jest już ewenementem, a całość staje się jedną wielką brednią. Świat nie jest czarno-biały i nie składa się z ekstremalnych przypadków.
W związku z fascynacją skrajnościami można bez problemu wyróżnić określone blogowe trendy, które królowały na dwóch omawianych dzisiaj stronach. Nie będę się oczywiście rozpisywać na temat poszczególnych zaburzeń, bo nie o to w tym artykule chodzi (zainteresowanych odsyłam do książek i publikacji medycznych). Spróbuję wykazać podstawowe błędy wynikające z nieznajomości tematu.
Przede wszystkim modna była schizofrenia, przede wszystkim paranoidalna, przede wszystkim połączona z obsesyjną autoagresją. Dodać należy, że wiek pacjentów rzadko kiedy przekraczał 20 lat. A manifestacja schizofrenii paranoidalnej umożliwiająca jednoznaczną diagnozę w wieku nastoletnim to rzadkość, co autor by wiedział, gdyby zechciał chociażby przejrzeć internety. Blogowa odmiana schizofrenii sprowadzała się do trzech magicznych objawów – słyszenia głosów, autoagresji i tego, co człowiek ogarniający temat nazwałby socjopatią. Tymczasem nie wszyscy schizofrenicy w równym stopniu przedstawiają objawy wytwórcze (między innymi te nieszczęsne omamy słuchowe), zaledwie (kiepskie słowo, ale przy blogowych blisko stu procentach to faktycznie zaledwie) kilkanaście procent z nich spróbuje popełnić lub popełni samobójstwo, a bardzo niewielki odsetek (porównywalny lub odrobinę większy niż w populacji ludzi zdrowych) popełni przestępstwa kryminalne. Wniosek? Blogowi schizofrenicy oparci są na bardzo mocno ograniczonym i w większości niekoniecznie zgodnym z faktami stereotypie powstałym ze społecznego przekonania o obrazie tej choroby. Nawet elementy wiedzy wikipedycznej ciężko tu znaleźć, a to byłoby już coś, biorąc pod uwagę mierne próby wykreowania postaci na podstawie ogólnej wiedzy (tym razem nie w rozumieniu zestawu faktów, które powinny być znane każdemu człowiekowi, ale zbioru stereotypowych przekonań funkcjonujących w społeczeństwie).
Licznie występowały również wszelkie zaburzenia odżywiania – temat teoretycznie prostszy od schizofrenii, jednak diabeł tkwi w… teoretycznie. Tutaj istniały dwie główne grupy postaci – ekstremalni oraz przypadkowi. Jeden z ekstremalnych anorektyków (autentyk blogowy!) ważyć miał 25 kilogramów, co przy względnie standardowym wzroście około 170 centymetrów daje BMI poniżej dziewięciu. Pominę fakt, że skóra, kości, trochę mięśni, bebechów i całej reszty waży przynajmniej dziesięć kilo więcej Ciekawostka kolejna jest taka, że ów mężczyzna miał jeszcze dość energii, żeby wygłaszać płomienne mowy przed większą częścią społeczności pacjentów. Historia z odchudzaniem się dla kariery w modelingu była standardem powielanym przez kolejne fale anorektyków i anorektyczek, a wszyscy, mam nadzieję, wiemy, że przypadki głodzących się modelek to tylko najbardziej rozdmuchany z przykładów, nie zaś 90% wszystkich przypadków, co patrząc na blogowe zwyczaje można by było śmiało, choć błędnie, stwierdzić. Bulimia z nieznanych filozofom powodów cieszyła się mniejszą popularnością i zazwyczaj dotyczyła przypadkowych, którzy zaburzeniami odżywiania zostali obdarowani przez swych autorów z jednego prostego powodu – żeby było dramatyczniej. Schizofrenik z bulimią lub bulimik ze schizofrenią brzmi o wiele ciekawiej niż przedstawiciel którejś z grup solo, czyż nie? Wspomnieć należy również o tym, że zwłaszcza u przypadkowych pojawienie się określonych zaburzeń po prostu miało miejsce. Alex, Sophia czy Anastaise któregoś dnia po prostu obudził/a/o się i stwierdził/a/o, że oto ma bulimię/anoreksję/cokolwiek innego. Zero powodów, to się po prostu stało. I już.
Trzecim najpopularniejszym powodem przebywania w blogowym psychiatryku (sic!) była narkomania (ewentualnie w doborowym towarzystwie różnych innych ciekawych uzależnień). Grupowcowy narkoman bardzo rzadko raczył mieć powyżej osiemnastki, a najczęściej rozpoczynał niebezpieczne związki z dragami zaraz po ukończeniu pierwszej dekady życia. I – tu ciekawostka – wszyscy ludzie kontrolujący pacjentów szpitali psychiatrycznych to istoty o IQ w granicach wartości temperatury pokojowej, bo zdecydowana większość blogowych narkomanów miała nielimitowany dostęp do narkotyków, nawet jeśli sami konsumenci siedzieli zamknięci na cztery spusty w izolatkach. Niesamowite zjawisko, prawda? O uzależnieniach postaci planuję osobny artykuł, więc poprzestańmy na tym.

Do zobaczenia w części drugiej!

czwartek, 8 listopada 2012

Złota cera i alabastrowe pukle... Nie, to nie tak szło.
O opisach wyglądu słów kilka.



Przede wszystkim pragnę przywitać się z ludnością nawiedzającą tłumnie Grupowo i wyrazić nadzieję, że będzie nam się przyjemnie współpracowało i dyskutowało. Debiutuję artykułem na dość oczywisty temat, ale myślę, że nie ma blogowego pisarza, którym chociaż raz w karierze nie wstrząsnęły gwałtowne torsje, kiedy przeczytał któryś z wielu kwiecistych opisów wyglądu, tak chętnie wciskanych do kart postaci. Wybaczcie, jeśli poniżej nagle zapanuje chaos nie do opanowania, ale taki już ze mnie dziwny typ, który za nic w świecie nie potrafi się zorganizować jak należy.


Klasyka Gatunku

Zacznijmy od nakreślenia pewnego rodzaju kanonu wyglądu bohatera i bohaterki, który  na blogach grupowych powielany jest do znudzenia (ciśnie mi się na usta raczej stwierdzenie wprost z Szewców, ale możemy je sobie w tej chwili darować) i my, w tym przypadku konsumenci, jesteśmy zmuszeni do przeżuwania dokładnie tych samych stwierdzeń po raz tysięczny. To z kolei gwarantuje literacką niestrawność, na którą pomóc może tylko i wyłącznie remedium w postaci kilku rozdziałów porządnej prozy. Ale przejdźmy do rzeczy – On i Ona według Kanonu Opisu Wyglądu, czyli krótka instrukcja jak nie opisywać aparycji, jeśli naprawdę musimy to zrobić, bo inaczej świat pęknie na pół.

On ma tym razem pierwszeństwo, bo – wbrew pozorom – trudniej będzie Go wpisać w prosty alabastrowo-fiołkowy schemat. Można się pokusić nawet o stwierdzenie, że w opisach twarzy i postur Panów pojawiają się ślady kreatywności. Nie oznacza to jednak braku wyraźnych  nurtów w sztuce literackiego opisu facjaty i sylwetki wybranego dżentelmena.
On nierzadko bywa typem umięśnionego osiłka. Wtedy wraz z zachwytem nad imponujących rozmiarów muskulaturą na pewno pojawi się wzmianka o nadludzkiej sile i tendencji do używania jej na wszystkie znane ludzkości sposoby, zwłaszcza jeśli mają one cokolwiek wspólnego z twarzami ludzi nastawionych do Koksa negatywnie. Oczywiście nikt wspomnieć nie raczy o tym, że osiągnięcie  obwodu bicepsa jak u Roberta Burneiki wymaga poświęcenia życia siłowni. Nie, nie, moi drodzy, blogowy mięśniak ćwiczy od czasu do czasu i nie wie co to ból, a jego ciało ogromnieje samo z siebie. Nasz Koksik na pewno będzie również wysoki, a laski sikać będą barszczem na jego widok. Standardowy zawód to ochroniarz lub nauczyciel wychowania fizycznego. Albo żołnierz, ale koniecznie były. Dowolne mieszanki trzech powyższych również są jak najbardziej dozwolone.
On lubi również reprezentować drugą skrajność, czyli mówiąc najprościej – być obrazem nędzy i rozpaczy. Małym, chudym (określenie wręcz anorektyczny to +10 punktów do fajności), trupiobladym i cherlawym. Nasz Chuderlak dysponuje ogromnymi, najczęściej niebieskimi, oczami, wygląda jak cień człowieka, a jego ręce zdobią liczne blizny. O ile odzieżowe preferencje mięśniaka rzadko kiedy bywają określone, to anorektyk snuje się po świecie w trampkach, rurkach i koszulach w kratę. Z zawodu narkoman.
On-słodki to również częste zjawisko. Słodziak europeidalny musi być blondynem, muszą mu opadać na oczy niesforne kosmyki włosów z wystylizowanej grzywki, oczy musi mieć niebieskie, nosek kształtny i niewielki, rysy delikatne i niemal dziewczęce, musi być drobnej budowy i podłego wzrostu. Jeśli nasz przyjemniaczek jest Azjatą, a zdarza mu się to często, wprowadza się jedynie zmianę koloru włosów, na kruczoczarne, w grę wchodzą również ciemne oczy. Słodziak zazwyczaj jest za młody, żeby nawet myśleć o jakimkolwiek zawodzie.
On-beznesmen to osobna kategoria, zupełna abstrakcja wprost z Pięćdziesięciu Twarzy Greya lub innego owocu radosnej twórczości, która udowadnia, że każdy może, ale nie każdy powinien brać się za pisarstwo. Człowiek biznesu zawsze jest wysokim młodym mężczyzną o hipnotyzującym spojrzeniu i drwiącym uśmiechu. Biega w tych wszystkich Armanich, Pradach i Diorach, ba, nawet w nich śpi. Czaruje, omamia, uwodzi – wszystko to czyni z niezwykłą gracją i powabem. Prowadzi odziedziczoną po ojcu firmę, po godzinach podrywa szesnastolatki w barach dla innych młodych biznesmenów prowadzących odziedziczone po ojcach firmy.
On trafia się również w wersji Homo-Metro. Gatunek został ostatnio wpisany do Czerwonej Księgi Blogowej, ale mimo wszystko od czasu do czasu zdarzy się znaleźć któregoś z pozostałych przy życiu przedstawicieli w czeluściach internetów. Ma wiele cech wspólnych ze Słodziakiem, jednak jego zniewieściałość jest posunięta dalej, zdarza mu się również bywać obojnakiem w ramach urozmaicenia (tutaj pojawia nam się temat, który zostanie pewnie poruszony w artykule dotyczącym zagadnień medycznych według blogosfery, więc zostawmy go na razie w spokoju). Najczęściej Azjata, najczęściej nie może jeszcze kupić legalnie piwa.
On bywa również Zjadaczem Kotów, który to typ nietrudno sobie mniej więcej zwizualizować po samej nazwie gatunkowej. Długowłose to-to, wychudzone,  mroczne i powłóczyste, koniecznie z łańcuchem krowiakiem zawieszonym na szyi i dumnie prezentowaną koszulką z zespołem na grzbiecie. Typ rzadko występujący, ale jeśli już się pojawia, to z wielkim rabanem. Najczęściej jest mordercą i/lub wymiata na wiośle, a w wolnych chwilach gwałci swoje liczne fanki.
On-Przeciętniak pojawia się sporadycznie i tonie od razu, pochłonięty przez czarną otchłań Słodziaków, Beznesmenów i Koksów. W tym typie blogowego mężczyzny możemy się doszukać największej porcji kreatywności, a wynika to z tego, że w kategorii Przeciętniaków mieści się zdecydowana większość postaci, których nie umieszczono w którymkolwiek z powyższych schematów, co bardzo się chwali.

Czas na Nią. Tutaj będzie zdecydowanie prościej, bo o ile w przypadku Panów typów było sześć, w porywach do siedmiu, to opisy kobiet zwykle są tak podobne do siebie i oczywiste, że trzeba się będzie mocno siłować, żeby wyodrębnić chociaż trzy-cztery główne nurty.
Ona występuje przede wszystkim jako Zwiewna Nimfa. Elementami obowiązkowymi są blond włosy opadające kaskadami na ramiona, niewielkie choć pełne usteczka (to ma sens?), alabastrowa cera, fiołkowe, koniecznie wielkie, oczy (ktoś to widział kiedyś u normalnego, realnego przedstawiciela rodzaju ludzkiego?), mały, zadarty nosek, smukła sylwetka, zaokrąglona jednak tam gdzie trzeba. I obowiązkowo niski wzrost -  powód kompleksów i motywacja do noszenia niebotycznie wysokich obcasów; określenia typu chochlik lub metr pięćdziesiąt w kapeluszu jak najbardziej wskazane. Do sugerowanych należą również naturalnie zaróżowione policzki, delikatne rysy drobnej twarzyczki i długie, jak na osobę o tak niewielkim wzroście, nogi. Zazwyczaj bywa deską, czym się jednak nie przejmuje. W tym opisie obowiązują dwie główne zasady – jeśli można użyć siedemnastu przymiotników na określenie jednej cechy aparycji, zróbmy to oraz – jeśli można użyć zdrobnienia, zróbmy to. Zwiewna Nimfa najczęściej bywa artystką artystyczną duszyczką.
Ona stojąca w opozycji do Zwiewnej Nimfy to Samica Alfa. Baba z jajami po prostu – wulgarnie ubrana, obdarzona przez Niebiosa powalającą urodą, preferująca mocny makijaż i ostry styl bycia. Na pięknej twarzy wpisaną ma chęć przeprowadzenia ludobójstwa, spod mini wystają jej pośladki, a z dekoltu po pas  co raz wypadają piersi. Sam opis do złudzenia przypomina ten z kategorii poprzedniej, różni się jedynie detalami, które czynią z bohaterki kobietę-wampa, jednak alabastrów, usteczek i przymiotnikowego durchfallu zabraknąć nie może. Samica Alfa z zawodu bywa najczęściej psychopatką, narkomanką lub ewentualnie niezależną artystką. Lub suką.
Ona-Bizneswoman występuje rzadko, ale podobnie jak swój męski odpowiednik, powiela zawsze ten sam schemat kobiety wrośniętej w garsonkę, śpiącej w szpilkach i z torbą Prady przyklejoną do ręki na stałe. Urodę biznesmenka ma surową, wzrok pełen nienawiści, a  figurę iście perfekcyjną. Konieczne są pociągnięte czerwoną szminką usta.
Ona-Przeciętna występuje jako wariacja na temat Zwiewnej Nimfy, więc nie będziemy się nad nią dłużej zatrzymywać.

Kwiatki

Każdy ma jakieś kompleksy — Chane również, a jakżeby inaczej. Płomienisto rude kudły są jednym z jej głównych, acz nie jedynych utrapień. No spójrzcie tylko na nie, są okropne! Jakieś takie proste, przylizane tak jakby, tu jest ich więcej, tam mniej, a tam są krótsze niż tutaj. Odcienia też nie posiadają zbyt ciekawego i pod tym względem nasza bohaterka zaczyna przypominać nieco znaną chyba wszystkim Anię Shirley — jeśli już marzy o czymś, co miałoby zmienić jej wygląd, to o tym, że pewnego dnia będzie mogła chwalić się pięknymi, kasztanowymi puklami. Póty co musi sobie jednak jeszcze poczekać aż dojdą one do właściwego koloru.
Jeśli ktoś kiedykolwiek zastanawiał się, czy można opisać kolor włosów postaci i związane z nim problemy w stu dwóch słowach – można.

Nadia jest obecnie szesnastolatką o buzi aniołka, którą okalają śnieżnobiałe włosy, ze ściętą prosto grzywką. Odziedziczyła po matce wachlarz długich i gęstych rzęs otaczających zielone oczy. Zgrabny nos i pełne, malinowe usta nigdy nie przysporzyły jej kompleksów na punkcie własnej urody. Mierzy metr sześćdziesiąt dziewięć, a waży około pięćdziesięciu kilogramów. Ma urodę iście magiczną, jest ładna i szczupła, przy czym posiada doskonałą świadomość własnych zalet. Umie się dobrze ubrać, lubując się w dziewczęcych spódniczkach i sukienkach z falbankami, koronkami i w pastelowych kolorach.
Oto i Zwiewna Nimfa w szczytowej formie. Gdyby była zawodowym kolarzem, właśnie unosiłaby ręce w geście zwycięstwa, przekraczając jako pierwsza linię mety w ostatnim etapie Tour de France, oczywiście w żółtej koszulce na zachwycających pleckach. A później pokazałaby do kamery swe krągłe, nie za małe, nie za duże, w sam raz, piersi.

Być może to przez spojrzenie jego oczu, a może kolor bardzo ciemnych tęczówek z dodatkiem intensywnego, zielonego blasku lub przez spory wzrost młodego mężczyzny, wystarczy jednak spojrzeć w jego stronę, by zapadł on w pamięci. Brzoskwiniowa cera, kochana przez słońce, ostre rysy twarzy, bardzo szczupła acz daleka od niemęskich sylwetka, bujne włosy w kolorze hebanu i dwa metry pięć centymetrów wzrostu oraz urzekający uśmiech, czynią z niego niemalże wizualny ideał niejednej kobiety.
Ach, ci przystojniacy o brzoskwiniowej cerze i hebanowych włosach! Nie wiem, czy tylko ja brzoskwiniową cerę kojarzę z zaawansowaną solarą, ale ten opis przedstawia raczej udawanego Latynosa spod lampy niźli ideał, do którego wzdychają tłumy panien, żon i wdów.

Przez dwadzieścia lat stała się posiadaczką zgrabnego ciała.
Znaczy, że kogoś zabiła i weszła w posiadanie czyjegoś zgrabnego ciała? Nie rozumiem.


Święte zasady:
·         nie ma brzydkich ludzi,
·         ci po czterdziestce również nie istnieją,
·         wszyscy mają idealne ciała,
·         każdy ma wyczucie stylu,
·         pospolitość jest nie do przyjęcia,
·         wszyscy wyróżniają się z tłumu,
·         podkreślanie swoich atutów to umiejętność przyrodzona człowiekowi,
·         perfekcyjny wygląd o każdej porze dnia i nocy jest obowiązkowy,
·         nawet jeśli perfekcja równa się byciu nieuczesanym brudasem,
·         jeśli blizny, to tylko niewielkie i niewidoczne,
·         niedoskonałości zawsze dodają uroku,
·         pryszcze nie istnieją.



Dlaczego nie opisywać wyglądu postaci:
·         elementem wymaganym w niemalże każdej karcie postaci jest zdjęcie, nie było mi dane ujrzeć takiej, w której tego elementu by brakowało, więc bezsensem jest opisywanie po raz kolejny tego, co każdy może zobaczyć na fotografii i poświęcić na to niewspółmiernie mniej czasu;
·         dwudziestozdaniowe roztkliwianie się nad usteczkami, noskiem i uszkami niczego nie wnosi i jest po prostu zapychaczem miejsca, zwłaszcza że autor posługujący się w miarę sprawnie swoimi pisarskimi możliwościami bez problemu wplecie elementy wyglądu w opis, dla przykładu, historii postaci;
·         alabastrowo-malinowa epistoła na temat wyglądu bohatera nie świadczy o umiejętnościach osoby, która kartę ze wspomnianym opisem stworzyła, bo to żaden problem przyswoić kilka standardowych stwierdzeń i powciskać je w zdania.


Jeśli, drogi czytelniku i twórco, nie odnalazłeś tutaj niczego, co pasowałoby do twoich opisów wyglądu postaci – masz moje błogosławieństwo, żeby pisać je dalej i nie przejmować się tym, że akurat ja jestem tej praktyce przeciwna. A szanowną blogową społeczność zapraszam do dyskusji i dla ułatwienia podrzucę nawet kilka pytań.
·         Wydzielacie część karty postaci poświęconą jej wyglądowi?
·         Znaleźliście jakieś inne tendencje i schematy w opisach fizyczności bohaterów?
·         Czy coś szczególnie was w nich drażni?
·         A może zupełnie nie robi wam różnicy, czy kwiecista epistoła o usteczkach jest w karcie, czy jej nie ma?


Trzymajcie się i do następnego razu!


piątek, 1 czerwca 2012

KILLUŚ



KILLUŚ

Imię: Justyna; zawsze chciałam mieć jakiś ekscytujący pseudonim, którym posługiwaliby się moi znajomi, nie wyszło
Data urodzenia: 13 sierpnia 1992 
Miasto: wszystko po krakowsku, jedynie w dowodzie stoi, że urodzona w Mieście Latających Noży Kielcach
Doświadczenie blogowe: pamiętam jeszcze zamierzchłe czasy serii blogowych, na których gościłam przez parę ładnych lat, później nastąpił okres marazmu i prowadzenia jedynie żyjącego wciąż bloga z opowiadaniem o psychicznym psychiatrze, natomiast ostatnimi czasy szlajam się po grupowcach i tworzę dziwnych mężczyzn, bawiłam się też w oceny
Funkcja na blogu: recenzent
Kontakt: cappuccino.alpacino@gmail.com

Siedzę w moim domu w kącie (mogłabym dodać, że w przytulnych walonkach, ale to byłoby już mocne nagięcie rzeczywistości), czytam kolejne teksty na studia, piszę kolejne opowieści niesamowite i robię sobie na twarzy kolejne fantazyjne kompozycje przy pomocy wszelkiego kosmetycznego dobra, na które tracę swą skromną fortunę. Lubię dziwne struktury gramatyczne, kawę bez mleka i ludzi, którzy podzielają moje zamiłowanie do suchego poczucia humoru. Lubię też jeździć komunikacją miejską, najchętniej liniami, którymi transportuje się głównie powietrze z jednego końca miasta na drugi. Ciekawostka dla Was od urodzonego MKM-a - na górze wiedeński straßenbahn typu E1 na Marchfeldstraße.

Słucham Kaczmarskiego, Kazika i wszelkich przedstawicieli gatunków reprezentowanych przez tych dwóch panów, dorzucam do tego trochę muzyki klasycznej i odrobinę skandynawskich piekielnych łomotów. Często bywam w kinie, ale swojego filmowego gustu nie nazwałabym szczególnie wyrafinowanym, bo - film słaby, ale Johnny Depp/Al Pacino/Tom Hiddleston/Daniel Craig. Interesuję się różnymi dziwnymi rzeczami tak poza muzyczno-kinowym tematem. O kulturze Rosji mogłabym gadać bez końca, podobnie jak o umundurowaniu armii wszelakich w dowolnym okresie ich istnienia.

Przybiegłam na Grupowo głównie po to, żeby w końcu znaleźć umożliwiające utrwalenie na piśmie ujście dla swoich obserwacji na temat blogosfery, w której siedzę wytrwale już od dłuższego czasu. Spodziewać się można po mnie przede wszystkim pseudo-artykułów na tematy mniej lub bardziej związane z tematem tworzenia. Przy okazji spróbuję utulić do snu swojego wewnętrznego hejtera, który wszystko wie najlepiej. Ot, taka mała przywara jedynaków i egotystów. Chętnie pokuszę się również o napisanie jakiejś oceny, przy okazji nie obiecując pokaźnej dawki sarkazmu i wredności, bo ten etap rozwoju charakteru już za mną.

W blogach nie szukam niczego prócz okazji do dobrej zabawy i wentyla bezpieczeństwa dla mojej rozszalałej weny twórczej. Przepadam za dobrze przemyślanymi męskimi postaciami i to właśnie w stosunku do panów-bohaterów mam zdecydowanie wyższe wymagania, niż w przypadku kobiet. Ciężko mnie wprowadzić w stan niemego zachwytu, ale za to całkiem łatwo zadowolić. Wystarczy zaserwować mi kartę postaci wolną od zdjęć modeli, napisaną z poszanowaniem wszelkich reguł języka ojczystego i bez śladów  łopatologii, zarówno w tworzeniu postaci, jak i w jej opisie. 

Wolę nocny tryb życia, mentolowe papierosy i dobrze znane miejsca.