Mój artykuł w zamyśle nie jest ani odpowiedzią na
ten napisany przez Leeshkę zaledwie kilka godzin temu, ani tym bardziej
polemiką z nim, jednak ciężko mi będzie uniknąć odniesień i – właśnie –
polemiki, więc nie mogę obiecać całkowicie odrębnego kawałka tekstu. Sama
Leeshka rzuciła kiedyś hasło, że powinnyśmy zacząć przedsięwzięcie, które roboczo
nazwane zostało Blogosferą na Dwa Głosy,
a to chyba pierwszy akt tej współpracy, która sensu stricto nie miała miejsca,
ale zbieg okoliczności wywołał wilka z lasu, więc czemuż by nie skorzystać z
okazji i wyłowionego z odmętów pamięci terminu. Mój artykuł będzie dotyczył jedynie
dwóch poruszonych przez Leeshkę tematów, które ona potraktowała marginalnie,
zmierzając do głównego punktu programu. Ja się natomiast zajmę nimi szerzej,
zapewne przedstawiając zupełnie inny punkt widzenia, wachlarz poglądów i
argumentów, i finalnie dojdę do innych wniosków, jednak czyż to nie cudowność
demokracji, że możemy się tak po prostu nie zgadzać, a mimo to dalej żyć w
spokoju?
Grupowcowe Kolesiostwo
Załóżmy sobie taką sytuację – dawno, dawno temu
autor A i autor B poznali się w mniej istotnych okolicznościach, ale powiedzmy,
że był to jakiś onetowski blog epoki kamienia łupanego, dogadali się i od
tamtych czasów za rączki tułają się przez blogosferę. Stworzyli razem setki
historii, które ujrzały światło dzienne lub pozostały jedynie pewną koncepcją
na przyszłość albo i zostały wymyślone tylko po to, żeby zająć się czymś
podczas ataku dojmującej nudy. Wszystko jedno, sprawa sprowadza się do tego, że
A i B dobrze się znają, wiedzą, co lubią i czego nie lubią, po prostu świetnie
im się współpracuje, bo ogarniają wzajemne oczekiwania względem postaci, ich
relacji i wydarzeń z ich życia.
Jeśli próbujemy stworzyć związek (mówimy tu
stricte o miłości, nie o zwykłym powiązaniu) pomiędzy postaciami, kiedy autorzy
się nie znają, nie korzystając przy okazji z gotowych bohaterów, ale wymyślając
własnych, jesteśmy skazani na pisanie wszystkiego od początku. A to zajmuje
sporo czasu. W tym momencie powstaje pytanie – czy czasu wystarczy przed zgonem
grupowca, żeby choćby dojść do momentu, kiedy i autorzy i bohaterowie znają się
na tyle dobrze, żeby stworzyć sensowny związek? Jasne, to co pomiędzy autorami
zostaje i może zostać wykorzystane do stworzenia relacji postaci na innym
blogu. Można oczywiście próbować ustalić powiązanie ‘z przeszłości’, jednak
żeby postacie pozostały spójne, nie można robić zbyt wielkiego zamieszania
kontaktami sprzed lat, bo – jak pisałam wcześniej – zdarzenia kształtują
charakter. Już rozumiecie do czego zmierzam? Dokładnie do tego, o czym mówiłam akapit
temu – autorzy poznają swoje oczekiwania, blogowe skłonności i zaczynają się w
efekcie rozumieć. Jeśli zagra – będą się częściej pojawiać razem i tworzyć bohaterów bardzo mocno ze sobą związanych.
Dziwnym zjawiskiem byłoby dla mnie nagłe
porzucenie pisania ze swoim ‘towarzyszem broni’, nawet jeśli nie wiem jak
bardzo miałoby to poszerzyć możliwości wątkowania i rozwoju blogowego. Dla mnie
grupowce to wciąż sposób na rozrywkę, a nie sposób na życie, ale nie oznacza
to, że moje relacje z niektórymi z autorów istnieją tylko dlatego, że dobrze
nam się pisze i na tym są oparte. Z jednym z członków mojego ‘blogowego stada’
mieszkam, drugiego znam od pięciu lat i wymieniamy jakieś tysiąc osiemset
siedemnaście milionów smsów dziennie. Leeshka spojrzała na ‘problem’ z
perspektywy (uwaga na bardzo idiotyczne słowo) ofiary, chociaż w moim
przekonaniu nie ma tu nawet czego tak naprawdę roztrząsać. Nie ma, bo żeby
uszczęśliwić wszystkich zbulwersowanych zjawiskiem stadnego pojawiania się
dobrze dogadujących się autorów, trzeba by im nakazać zaprzestania kontaktów, a
kto ma do tego niby prawo? Demokracja już po raz drugi dzisiaj jest po mojej
stronie.
Być może cierpią na tym nasze wątki, być może niezdrowo
podniecamy się swoimi beznadziejnymi kartami, być może to kogoś odstrasza
(chociaż szczerze wątpię, bo autorzy grupowców mieszają się i migrują, ale mimo
wszystko to stosunkowo stała grupa), być może tak nie powinno się dziać, żeby
świat był lepszym miejscem, ale… Właśnie – ale. Ale tworzenie postaci przez
dobrze znających się autorów to nie tylko proces sprowadzający się do formuły ‘okej,
ona ma 35 lat, on 40, znają się od studiów, od 10 lat są małżeństwem, mają
dwójkę dzieci i psa rasy owczarek nizinny’, a cała reszta rozgrywa się
niezależnie w dwóch oddzielnych umysłach, czyli bohaterowie powstają każdy
sobie, a ostatecznie dogrywa się tylko to, co musi być dograne, żeby historia…
zagrała. Z własnego doświadczenia mogę powiedzieć, że tworzenie historii z
autorem, którego zna się od dłuższego czasu to cała plątanina pojawiających się
stadami pomysłów i scen, z których trzeba wybrać te, które stworzą najlepszą
historię, oczywiście subiektywnie najlepszą. To po prostu frajda tworzenia
tego, co w warunkach wątkowania ‘obcego z obcym’ jest praktycznie nie do
zrobienia. Dlaczego? Ano dlatego, że podczas prowadzenia dialogu w momentach,
które z braku lepszego określenia nazwać można zapalnymi, autorzy mają
tendencję do porzucania koncepcji postaci, która zasugerowała, że można
zastosować takie rozwiązanie, jakie ostatecznie doprowadziło do tego, co w
intencji piszącego nie miało mieć miejsca. Wytłumaczenie pokrętne, więc
przykład – absolutnie spokojna dziewczyna nagle okazuje się złośliwą i
sarkającą na prawo i lewo bestią, bo jakiś facet z gatunku bezczelnych
powiedział jej coś, co nie spodobało się autorowi dziewczyny. Takie sytuacje w
przypadku dokładnie przegadanej znajomości nie mają miejsca, a sama znajomość
trwa i nie staje się jedną wielką obroną własnej postaci i jej dominującej
pozycji.
Bodaj tylko raz (a przynajmniej ten jeden jestem
sobie w stanie przypomnieć) pojawiłam się na blogu tylko po to, żeby stworzyć
postać i popisać wątki z jedną osobą - czyli nie miałam zamiaru nikomu ich
proponować, ale nie miałam też nic przeciwko pisaniu z innymi autorami, jeśli
oni będą mieli taką chęć - a sam grupowiec służył jedynie temu, żeby było to
gdzie ekshibicjonistycznie upublicznić, chociaż sprawę można było od początku
do końca poprowadzić na GG czy gdziekolwiek. Tutaj dochodzimy do sedna mojego
poglądu na tę kwestię – pisanie na blogach jest frajdą. Przede wszystkim. Mi
sprawia przyjemność to, że mogę sobie napisać lepszą lub gorszą kartę, poszukać
wątpliwej jakości i adekwatności gifów, opublikować to wszystko i czekać na
odzew. I wiecie co? Ten rzadko bywa entuzjastyczny, a powodów upatruję w tym,
że zasadniczo piękny zwyczaj czytania kart odchodzi w niepamięć, co z kolei
wynika z faktu zbierania się autorów w grupy i podgrupy, które nawiedzają różnorakie
grupowce, żeby realizować swoje, wcześniej już przemyślane, pomysły. I wiecie
co? Mi to odpowiada, bo jednocześnie nie wchodzę nikomu w paradę, zaburzając
jego plany i marnując czas na męczenie wątku, na który nikt nie ma tak naprawdę
ochoty, i mam swoją historię do zrealizowania, ze swoją podgrupą. Jeśli któryś
z autorów nie jest ‘członkiem stada’, zapewne lojalnie przeczyta karty i
chętnie pomyśli nad wątkiem i powiązaniem, żeby też mieć trochę radości z faktu
bycia współtwórcą dowolnego grupowca. Większość ‘stadnych’ autorów, ze mną
włącznie, jest super-chętna na pisanie z tymi, których nigdy wcześniej nie
widziało na oczy, bo to – tak całkiem niefilozoficznie i pospolicie – fajne i
ekscytujące.
Blogi to nie komunistyczne wspólnoty, gdzie każdy
dostaje taki sam przydział popularności postaci, ilości komentarzy do
napisania, zachwytów do wylania, fochów do strzelenia i błędów do odnalezienia.
Blogi to nie społeczności dyktatorskie, gdzie jest jeden, który wyznacza
kierunek i wybiera, kto ma z kim pisać, które postacie mają się dogadywać,
którzy autorzy mają porzucić prywatne kontrakty i skasować swoje numery
telefonów, bo to uczyni z nich zakochanych we własnej twórczości
nieobiektywnych frajerów, zupełnie niezainteresowanych tym, co się dzieje
wokół. Obiektywizm nie istnieje i ktokolwiek chciałby mnie przekonać, że jest
inaczej, może skończyć, zanim w ogóle zacznie. Ogarnięcie spojrzeniem struktur
występujących na grupowcach prowadzi nas do wniosku, że są to społeczności, na
których kwitnie demokracja, bo nikt nie może nikogo wcisnąć w szereg i postawić
wymogów, co do ilości prowadzonych wątków i liczby zaangażowanych weń autorów.
Podobnie jak nie może wybrać, z kim ma się komu pisać najlepiej i kto do kogo
pasuje na tyle, żeby zdecydować się na jakieś głębsze relacje pomiędzy
postaciami. Pamiętajcie o tym wszyscy ci, którzy będą kiedykolwiek sfrustrowani
pojawiającymi się na blogach grupkami autorów, którzy zapisali się tam głównie
po to, żeby zrealizować swój wcześniej ułożony plan. Nikt nie broni podchodzić
do ‘stadnych’ postaci, dźgać ich kijaszkiem pod żebrami i domagać się wątków.
Gwarantuję wam, że zdecydowanie większy procent będzie zainteresowany
współpracą, niż zajęty jedynie swoimi sprawami i jedną jedyną postacią, oczywiście
autorstwa dobrego znajomego.
Forma Karty Postaci
Kart Postaci napisałam w swoim życiu undecylion,
bo jestem jednym z tych, którym taką samą przyjemność sprawia tworzenie
postaci, jak i jej prowadzenie, więc nie płaczę gorzko, kiedy blog skona, zanim
jeszcze zdąży chociaż minimalnie się rozwinąć. Karty w moim wykonaniu są
najróżniejsze – długie, krótkie, lepsze, gorsze, kulturalne jak przeciętny
franciszkanin, wulgarne jak Pan Mietek
Spod Sklepu pod wpływem Amareny, dosłowne, niedosłowne, konkretne, abstrakcyjne
– wszystko było, od Osbourne’a do Mozarta. Jednak celem było zawsze to samo –
przekazanie informacji o bohaterze. Zazwyczaj stosunkowo wielu informacji, bo nie
wierzę w odkrywanie postaci przez współautorów w trakcie pisania wątków. Takie
koncepty kończą się zazwyczaj wyłonieniem naprawdę bardzo mało oryginalnego
bohatera, którego tajemniczość sprowadza się do prostego chamstwa. Trzeba było
napisać, że jest ona(a) najzwyklejszym w świecie prostaczkiem, ja tam nie mam
nic przeciwko prostaczkom.
Pochylmy się więc nad tą w moim przekonaniu główną
funkcją Karty Postaci – przekazaniem informacji. Nie obchodzi mnie, w jakiej
formie to będzie miało miejsce, byle by szanowało zasady języka polskiego i nie
zawierało elementów, których poziom realizmu plasuje się gdzieś pomiędzy
gadającym smokiem w roli zwierzątka domowego a Thorinem Dębowa Tarcza tańczącym
Gangnam Style w drugiej części ekranizacji Hobbita.
Kolejnym istotnym zadaniem jest selekcja tychże informacji, ale o tym już artykuł
był, jeśli mnie pamięć nie myli, więc ja skupię się na samej formie.
Chociaż tradycją jest poszukiwanie kwiatków
wszelkiego typu, dzisiaj sobie to daruję i posłużę się swoimi własnymi kartami,
bo narzuciłam sobie zasadę, że nie będę rzucać tu nickami autorów feralnych
fragmentów, a żeby tego uniknąć, musiałabym skopiować całość Karty, a to z
kolei nie ma sensu.
Mamy standardową opisówkę, mamy coś pomiędzy i
mamy wersję czysto skojarzeniową. W przypadku opcji pierwszej czytelnik ma
wszystko podane na srebrnej tacy, chronologicznie ułożone i jego zadaniem jest
tylko nadążyć za procesem rozwoju postaci, który został przedstawiony konkretnie
i jasno, więc żadnego problemu z tym nie będzie. Dlaczego akurat tak? Bo blog o
mafijnych rodzinach wymagał zarówno wywodu o procesie zyskiwania aktualnej
pozycji, jak i informacji o stosunkach bohatera z członkami własnej familii
oraz dokładnego opisu osobowości, żeby wymyślanie wątków miało ręce i nogi.
Druga Karta skupia się na opisie procesu, który nadal trwa, ale jego
poszczególne etapy miały jakieś cechy charakterystyczne i podczas lub pomiędzy
nimi pojawiały się jakieś wydarzenia. Cała reszta informacji, na przykład
dotyczących osobowości, jest przemycona gdzieś między wierszami, jednak w
sposób stosunkowo oczywisty i bardzo mocno powiązany z samym opisywanym
procesem. Powód takiego a nie innego ujęcia jest prostu – mamy do czynienia z
członkiem relatywnie niewielkiej społeczności, gdzie informacje rozchodzą się
szybko, ale dotyczą one nie przymiotów ich głównego bohatera, ale jego słów,
czynów i decyzji. Popularna ostatnio forma ‘cytatowa’ ma w moim przekonaniu
zdecydowanie więcej sensu, niż się niektórym wydaje. Nie sprowadzałabym tego
konceptu do wrzucania kilku bezsensownych kawałków tekstu i publikowania tego
jako dzieło współczesnej literatury, bo umiejętne wybranie owych zdań wymaga
jednak trochę wysiłku i pomyślunku, podobnie jak wyciągnięcie informacji o bohaterze
z takiej Karty wymaga tego drugiego. Pobawiłam się w wyjście poza granice
zdarzeń i udałam, że nie napisałam tej karty, ale czytam ją jako odbiorca
tekstu, który pierwszy raz widzę na oczy. Siląc się na nieistniejący
obiektywizm, przede wszystkim dowiedziałam się sporo o osobowości i zawodzie
bohatera, co na tym konkretnym blogu
jest najistotniejsze, bo nie wiem jak wy, ale ja poza drobnymi wyjątkami
nie mam zielonego pojęcia o życiu prywatnym swoich wykładowców, a jedyne z
czego ich znam, to zachowanie podczas zajęć, na które z kolei ma wpływ
osobowość. Zgadza się z koncepcją? Zgadza się.
Przy czytaniu Kart Postaci pamiętać należy przede
wszystkim o tym, że zazwyczaj nie są one pisane bezmyślnie (i nie mogą być
bezmyślnie czytane!), a wybór określonej formy implikuje określone konsekwencje
w finalnej kreacji bohatera. Poukładany, rzeczowy i w gruncie rzeczy spokojny
Andrea dostaje konkretny, logiczny i może mało twórczy, ale adekwatny opis, w
którym zawarte są klarowne informacje. Nie ma powodu, żeby taką samą formę
zastosować w przypadku standardowego włościanina (żeby nie powiedzieć dosadniej
– chłopa) Grzegorza, skoro o wiele lepiej jego koncepcję oddaje ta nieco
chaotyczna, jednoakapitowa i poprzetykana wulgaryzmami anegdota o jednym takim,
który robił głupoty całe życie, bo jest taki jak swój opis – bełkotliwy i niekoniecznie
spójny, chociaż wciąż utrzymuje jakiś tam ciąg przyczynowo-skutkowy, a jego decyzje
nie są irracjonalne. I na koniec zostaje szanowny pan Jakub, u którego
absolutnie nieistotne są jakiekolwiek genezy czy procesy, ale to jakim jest
teraz, w tym konkretnym momencie. Dodatkowo poziom zażyłości z innymi
bohaterami będzie w większości przypadków stosunkowo niski, więc
fragmentaryczne informacje podane w formie wrzutki wszystkiego, co się nawinie,
są jak najbardziej wystarczające. Jeśli ktoś będzie zainteresowany powodem zaistnienia
jakiegoś stanu rzeczy, nic nie stoi na przeszkodzie, żeby się tego dowiedzieć
podczas prowadzenia wątku.
Wstrzymałabym się zdecydowanie od sztywnego
wskazywania jedynej słusznej formy pisania Kart, żeby wszyscy byli zachwyceni,
bo zazwyczaj wybór sposobu przekazania informacji ma jakieś tam podstawy i nie
wziął się znikąd. Jeśli ktoś natomiast lubi tworzyć w swoim sprawdzonym stylu i
zawsze w tej samej formie – droga wolna, ma do tego takie samo prawo jak ja do
kombinowania i szukania powiązań techniczno-performacyjnych. Zawsze można coś
napisać inaczej i zawsze znajdzie się ktoś, kto wie lepiej, ale ja mimo
wszystko sugerowałabym jednak wzięcie pod uwagę kilku czynników, które odwieść
powinny od krytykowania czegoś, co tak naprawdę jest w jakiś sposób
uzasadnione, zwłaszcza jeśli nawet nie pojęło się istoty tego uzasadnienia. Dla
mnie sensowną krytyką Karty Postaci jest zwrócenie uwagi na błąd merytoryczny,
język na poziomie żenującym lub brak realizmu, natomiast jeśli realistyczna postać
ma Kartę napisaną z poszanowaniem reguł języka ojczystego i zgodnie z zasadami
świata, na którym żyjemy – dałabym sobie spokój, nawet jeśli forma doprowadzałaby
mnie na skraj. Mi również wiele rzeczy się nie podoba, całe tabuny postaci mnie
drażnią i wywołują we mnie mniej lub bardziej spektakularne ataki chichotu albo
wrze we mnie przekonanie, że zrobiłabym to lepiej, ale… autor ma prawo robić
tak, jak mu się żywnie podoba. Możemy sobie tu tworzyć klasyfikacje blogowych
zjawisk i udzielać dobrych rad, ale nikt nie ma prawa nikomu narzucać tego, jak
ów ma pisać, bo to jego sprawa, jego przyjemność tworzenia i jego koncepcja.
Demokracja sponsoruje dzisiejszy artykuł.
